Działy

Ostatnio dodane

Linki

Ad vocem (cd.) banki ułomne i inflacja dolara amerykańskiego

Posted: Luty 24th, 2011, by Andrzej

Z zaciekawieniem przeczytałem Twoje uwagi do moich niepokojów “posiadacza mleka koziego”. Mam jednak pewne wątpliwości, czy rzeczywiście zmierza to w najbliższej przyszłości do usunięcia pośrednika (pieniądz, instytucja, przedsiębiorstwo) z operacji wymiany towarów i usług. Jednak znacząca część ludzkości nie będzie potrafiła znaleźć samodzielnie odbiorcy adekwatnego do swoich potrzeb (choćby taki człowiek z Syberii i jego znajomy z Bali). Próby jednak już są czynione – choćby portale oferujące wzajemną wymianę usług. Na razie idzie to bardzo opornie, ale kto wie …

Co do instytucji finansowych to raczej zgoda, że ich rola powoli zmierza jedynie do ochrony przesyłu informacji. Wygrywa ten kto robi to bezpieczniej i sprawniej. Skarbce mogą niedługo stać się niepotrzebne. Z drugiej strony wirtualne pieniądze to też wirtualny majątek. Jedno dmuchnięcie historii i pozostaje tylko confetti. Minimalizacja ryzyka finansowego, jak sam wiesz, nie jest sprawą prostą. Właściwie jest możliwa jedynie dla ludzi zamożnych, którzy mają co dywersyfikować ( a więc godzić się na przejściowe straty). A co z przeciętnym “Kowalskim” ? Rozumiem wprawdzie Twoją filozofię tworzenia wzajemnych powiązań w skali mikro, ale ta metoda nie jest dostępna, na poziomie ekonomicznym, dla każdego.

Ogólnie jednak zmierzamy ku podobnym przemyśleniom. Gdzieś przeczytałem, że w mieście Manchester w środku rewolucji przemysłowej w XIX w był bardzo prężny ośrodek zajmujący się myślą ekonomiczną. Mimo, że naokoło juz dymiły dziesiątki kominów i zaczynał się klasyczny kapitalizm nikt z uczonych nie dostrzegł nowych czasów. Rozważano co się stanie, gdy ludziom będzie się lepiej powodziło i wszyscy zaczną jeździć powozami, a tony kup końskich zasypią ulice.

A teraz co do inflacji :

Wyobraź sobie, że ja też zastanawiam się nad brakiem widocznych impulsów inflacyjnych nie tylko w USA, ale generalnie w większości państw rozwiniętych (których banki centralne wyemitowały góry pieniędzy), mimo wieszczenia takiego scenariusza przez ekonomistów. Przyszło mi do głowy kilka myśli :

  • metodyka pomiaru inflacji w USA (i nie tylko) zmieniała się w ciągu ostatniej dekady wielokrotnie. Tzw. koszyk produktów ulegał przekształceniom nie tylko w celu urealnienia tego parametru (np. uśrednienia eliminujące okresowe, koniunkturalne  wzrosty cen surowców), ale także jego dostosowania do celów politycznych (np. ograniczenie uzależnienia wysokości świadczeń socjalnych od poziomu inflacji). Wydaje się, że nie oddaje on w tej chwili faktycznego stanu inflacji, a jedynie projekcję wygodną dla danego rządu i instytucji finansowych;
  • koszyk produktów w społeczeństwach zamożnych w małym stopniu odzwierciedla wahania cen żywności (mały procent jej udziału w całości), czy w ogóle artykułów pierwszej potrzeby, których ceny rosną w okresie kryzysu. Coraz więcej miejsca (wartości bezwzględnej) zajmują w nim usługi takie jak rozrywka, transport, telekomunikacja itp.. A w wyniku postępu technicznego i ogromnej konkurencji ich ceny spadają;
  • zauważmy, że ceny tak podstawowych dóbr dla Amerykanów jak samochód, dom (a co za tym idzie czynsze) dalej znajdują się znacząco poniżej wartości sprzed dwóch lat, a ich rola w koszyku jest nadmiernie wyeksponowana;
  • poziom zatrudnienia praktycznie nie wzrasta, a więc znacząca grupa ludzi dalej pozostaje poza rynkiem;
  • znacząca część produktów w USA podlega konkurencji globalnej, a więc praktycznie podaż równoważy się z popytem w krótkim czasie (import bez ograniczeń większości towarów konsumpcyjnych). Nie ma więc przesłanek do podnoszenia cen przez sprzedawców.

Jak słusznie zauważyłeś masa wyemitowanych pieniędzy utonęła w sieci, ale chyba bardziej wzajemnych powiązań niż innej, gdyż strumień tych środków został skierowany do gigantów przemysłu, banków i instytucji finansowych. Część z tych środków trafia na giełdę generując jedynie popyt na akcje (ewentualnie na niektóre spekulacyjne surowce jak złoto, metale rzadkie), a nie na produkty. Stąd też chyba niespodziewana hossa na giełdzie mimo braku wyraźnych oznak wyjścia z kryzysu.

Być może inflacja pojawi się, gdy zostanie zrealizowana druga część pakietu antykryzysowego rządu USA. Mianowicie, zakrojone na wielką skalę prace publiczne – rozbudowa dróg, autostrad, kolejnictwa, energetyki. Plan ten powinien spowodować zwiększenie zatrudnienia oraz większy popyt na produkty prymitywne, których nie opłaca się sprowadzać z innego kraju, takie jak cement, stal itp.. Co z jego realizacji wyjdzie na razie jednak nie wiadomo.

Janusz Bugajski

Ad vocem banków ułomnych

Posted: Styczeń 15th, 2011, by Andrzej

Zgadzam się. Ale nie dramatyzuję. Takie procesy w historii ludzkości miały miejsce chyba zawsze… Wyobraź sobie, że jesteś przyzwyczajony do wymiany mleka koziego na sól, a tu nagle przyjeżdża facet z paciorkami i okazuje się, że są one ogólnie pożądane, za chwilę wchodzą w obieg jakieś metalowe krążki, a za chwilę, sam w sobie bezwartościowy, papier… Co ma powiedzieć biedny właściciel kozy z pełnowartościowym mlekiem, gdy widzi, że właściciel bezwartościowego papieru jest od niego bogatszy…? Przeżywa szok kulturowy i… albo się do tego przystosuje i zrozumie zmianę, albo będzie ją na boku (poza obiegiem) kontestował. Tak więc, jeśli odczepię się od swoich emocji, albo je zrozumiem i się do nich zdystansuję, to zacznę się badawczo przyglądać procesom, które tak ciekawie opisujesz. Badawczo, czyli z ciekawością… ku czemu to prowadzi ? Zostawiam za sobą przywiązanie do etosu pracy, zaufania i solidności i kilku innych wartości wykuwanych od oświecenia do XIX w i patrzę co dalej ? Popatrz jak kuriozalnie wyglądają te powiedzenia sprzed 200 lat, a tak żywe w naszych rodzinach: „oszczędnością i pracą narody się bogacą”, „to jest pewne jak w banku”, „ordnung must sein” itd.. Na szczęście zostają nam wartości sprzed 2000 lat. Te jakoś wytrzymują próbę czasu…

A wracając do tematu, to czy to nie jest tak, że banki + sieć informatyczna, to powstawanie globalnego administratora przepływu wartości pomiędzy jednostkami, coraz bardziej atomizującej się (czyli personalizującej się, w sensie osób fizycznych) struktury ekonomiczno-społecznej świata. Co prawda ta atomizacja jest na początku i czekają nas kolejne wstrząsy rozpadów instytucji „sztywnych” – administracyjnych, politycznych, wojskowych, korporacji, ale wydaje mi się, że fizyczna bariera dostępu każdego do każdego została już pokonana !!! Uświadom to sobie – to dopiero zmiana ! Wgooglasz jakieś swoje zainteresowanie, potrzebę, pytanie – i masz bezpośredni dostęp do źródła danych, zaspokojenia potrzeby, odpowiedzi – wręcz do konkretnej osoby, która to zaspokoi ! To tak trochę wygląda jak powrót do tego faceta z kozą i kozim mlekiem… Po co nam bank w tej sytuacji, a po co pieniądz ?

Tak więc Tele-info-banki to administratorzy przekazu wartości, bo już nie pieniądza w jego gotówkowej formie… I tyle. Co najwyżej chronią przepływ, ale już nie samą wartość… przed nieroztropnymi decyzjami. Praktyczny wniosek taki: nie ma co im powierzać DECYZJI o ochronie/pomnażaniu wartości, bo w tym zatomizowanym Świecie są tak samo zagubione jak my ! Te decyzje musimy trzymać przy sobie – tworząc swój mikro – świat więzi ekonomicznych, który budujemy w oparciu o nasze zaufanie do relacji z innymi ludźmi (konkretnymi, z krwi i kości) choć czasem dostępnymi przez Internet. Oczywiście pośrednictwo Internetu wprowadza niezły fałsz. Ale po to mamy specjalne narzędzie między uszami, by się nim posługiwać w celu weryfikacji i poznawania tej prawdy o drugim końcu sieci, od którego zależymy, oraz w celu analizy ryzyka każdej decyzji. Nie powiesz mi, że przy takim rozproszeniu potencjalnych więzi, jakie daje Internet w prosty sposób nie można, zminimalizować ryzyka decyzji finansowych w praktyce do zera.

A pieniądz ? Często sobie zadaję takie pytanie: ile warte są bale cedru syberyjskiego dla mieszkańca Bali, a ile dla mieszkańca Syberii ? A ile są warte wczasy na Bali dla mieszkańca Syberii a ile dla mieszkańca Bali ? A ile będą dla nich warte te pożądane dobra, gdy się obaj spotkają w sieci ? W praktyce … koszty transportu. Ale przecież i facetów od transportu możemy wpleść też jakoś w tę wymianę potrzeb i zaspokojeń … I co nam do tego będzie potrzebne poza mega-oprogramowaniem bilansującym potrzeby i zaspokojenia jako takie, bez konieczności uwzględniania ich wartości ? Pieniądz, jako środek wartościowania ? Pieniądz jako środek gromadzenia bogactwa ? A pieniądz jako środek wymiany ?  Tak czy nie ?

Masz rację rewolucja się toczy, jesteśmy w niej po uszy zanurzeni, choć nasza świadomość w tym kiepsko uczestniczy…

No to co ? Zamieszałem ? Taka odlotowa futurologia. Wynikająca z tego, że biedzę się, żeby zrozumieć czemu nie ma inflacji dolara USA ? Częściowo za przyczyną Chin, ale częściowo … może z powodu tego, że M traci na znaczeniu w stosunku do V, które już pomnożyło się w sieci w sposób nie dający się zmierzyć (MxV=PxQ).

Maciej Jesiołowski

Bank-ułomny element globalnej gospodarki światowej.

Posted: Styczeń 15th, 2011, by Andrzej

Ostatnio z części banku zajmującej się Private Banking, czyli obsługą teoretycznie zamożnych klientów otrzymałem dość odkrywczą informację. Między innymi napisano w niej, że “niektórzy klienci wymagają od banku nie tylko pomnażania, ale też ochrony kapitału …”. I że jest to wynik przemyśleń (ale chyba bardziej klientów wk…nych na poziom doradztwa) związanych z kryzysem finansowym. Czasami też, zwykle już tylko w sprawach formalnych, spotykam się z doradcami desygnowanymi przez bank dla takich klientów. Rozmowy wprowadzają mnie w osłupienie połączone z rozbawieniem. Co ciekawe, albo ja się tak błyskawicznie starzeję, albo rzeczywiście doradcy są coraz młodsi. Nie pamiętają ani inflacji, ani początków giełdy, ani wahań wartości naszej waluty. Wnioski jakie wyciągają ze współczesnej sytuacji w oderwaniu od naszej, jeszcze niezbyt długiej, ale jednak, historii gospodarczej są porażające i to pewno niestety dla portfeli klientów. Przy tej okazji nasunęły mi się ogólniejsze refleksje na temat współczesnych instytucji finansowych, głównie banków. Są może mało specjalistyczne i odkrywcze, ale wyrażają chyba obecny trend. Poniżej ten tekst – mam nadzieję, że uświadomi czytającym to co … dobrze wiedzą, choć może teraz już bez złudzeń.

Na naszych oczach, w ostatnich kilku latach, następuje błyskawiczna zmiana miejsca banku w strukturze gospodarczej i społecznej. Z instytucji zaufania publicznego (słynne powiedzenie „pewne jak w banku”) staje się on jednym z wielu drapieżnych przedsiębiorstw oferujących różnorodne usługi – niekoniecznie tylko stricte finansowe. Przenosząc swoje kontakty z klientem do świata wirtualnego, bank przestaje się odróżniać od innych firm ocenianych  na podstawie przyrostu ilości pozyskiwanych klientów i możliwości sprzedaży jak największej ilości zyskownych produktów.

W wyniku tego bezpowrotnie odchodzi do lamusa obraz bankowca, jako solidnego i godnego zaufania przedstawiciela instytucji finansowej. Gdzieś bowiem w tym całym globalnym chaosie zaginęła jedna z podstawowych funkcji banku, a mianowicie tzw. „ochrona kapitału” klienta. Klient posiadający gotówkę w dużej ilości, nie będący aktywnym inwestorem, jest praktycznie dla banku bezwartościowy. Większość najbardziej zyskownych usług oferowanych przez bank jest mu zbędna. Natomiast on sam, jako źródło pozyskiwania kapitału, nie ma specjalnego znaczenia ze względu na nadmiar tegoż na rynkach światowych. Tym bardziej, że konkuruje on z wielokrotnie potężniejszym „klientem”, czyli państwem i jego instytucjami.

Coraz mniej istotna jest też dla banku aktualna wartość własnego kapitału – liczą się często wyimaginowane perspektywy jego nieustannego pomnażania. Marzenia o „złotej rybce”, które były domeną zwykłego śmiertelnika, stały się realną częścią życia analityków finansowych.

W związku z tym suma złożonych w banku środków finansowych, która niedawno była jego podstawowym majątkiem obrotowym, jest postrzegana negatywnie przez akcjonariuszy, jeśli nie przemienia się w dające ponadprzeciętne zyski produkty finansowe. W przypadku, gdy realnie na rynku takie nie istnieją, wysoko opłacani specjaliści mają je wymyślić, a następnie sprzedać. Lepszym fachowcem staje się ten, kto przemieni ich, często wirtualną wartość, w prawdziwe pieniądze.

Niestety ogólnoświatowa masowość tego pomysłu sprawia, że coraz częściej zapłata następuje w identycznych produktach tylko o innych nazwach. System na swoje nieszczęście działa, tak jak w prawdziwym kapitalizmie. Jest stabilny dopóki mniej więcej jest zrównoważone prawo popytu i podaży. Z tym, że popyt jest generowany też poprzez nieświadomych procederu, naiwnych konsumentów. Wszystko to ma niestety cechy tzw. piramidy finansowej, ale w wykonaniu banków i funduszy, czasami nawet przy poparciu poszczególnych państw.

Cały ten splot czynników doprowadza do nieodwracalnych zmian całego światowego systemu finansowego, które zresztą będą, moim zdaniem, w przyszłości jednymi ze źródeł powtarzających się kryzysów. Tego procesu nie da się już chyba powstrzymać odgórnymi zarządzaniami i ograniczeniami nakładanymi nawet w skali międzynarodowej.

Obecnie nie ma już chyba możliwości rzetelnej wyceny kapitałów instytucji finansowych. Wydaje się, że w gąszczu produktów o najdziwniejszych nazwach, przepuszczonych przez magiel marketingowy tychże instytucji, zagubieniu ulegają nawet wyspecjalizowane firmy audytorskie (zresztą w coraz większym stopniu tracące niezależność i podlegające różnorodnym naciskom). Jeśli nawet jakaś grupa produktów została zdezawuowana w trakcie kryzysu w jej miejsce pojawia się następna, równie egzotyczna.

Ponieważ w tym morzu powiązanych w skali globalnej produktów finansowych utopione są obligacje państwowe, fundusze emerytalne i inne aktywa istotne dla funkcjonowania poszczególnych państw upadki banków stają się katastrofą ogólnonarodową. Programy ratunkowe wdrażane ad hoc, a polegające przeważnie na wydrukowaniu kolejnej masy pieniędzy lub wyemitowaniu obligacji rządowych, przy istniejącym już ogromnym deficycie budżetowym, wprowadzają chaos jeszcze bardziej zaciemniając obraz kryzysu systemu.

Powstaje istotne pytanie, które gdzieś w ogniu dyskusji przejętych aktualnymi problemami ekonomistów umyka – w czym społeczeństwa, a w nich poszczególne grupy i jednostki, mogą upatrywać gwarancji swojej finansowej stabilności w przyszłości ?

Czyż można bowiem liczyć, że powszechnie szanowany bank z naszymi oszczędnościami będzie jeszcze istniał za 10 lat ? A czy coraz bardziej zadłużone państwo może być pewnym gwarantem naszej emerytury, czy też środków umieszczonych we wspomnianym banku ? Czy ma sens ubezpieczanie się na życie lub zakup jednostek funduszu inwestycyjnego ?

W tej chwili udzielana jest pozytywna odpowiedź – tak, bo państwo będzie gwarantowało trwałość inwestycji w przypadku katastrofy finansowej. Zakłada się przy tym, że posiada nieograniczone zasoby, ale do końca nie wiadomo czego. Bo chyba nie chodzi o emitowany przez banki narodowe papierowy pieniądz, którego wartość już dawno oderwana jest od parytetu kruszcowego. W całości opiera się on przecież na zaufaniu społeczeństw i instytucji do wypłacalności poszczególnych emitentów.

Niestety patrząc wstecz, nawet w niezbyt odległej historii świata, zdarzało się już, o czym większość osób woli nie pamiętać, wiele upadków finansowych całych państw, w tym obecnych, europejskich kolosów finansowych (Niemcy, Francja).

Także posiadanie znacznych zasobów surowcowych jest czymś złudnym, gdyż ich wartość zależy nie tylko od koniunktury, ale i postępu technicznego (patrz: węgiel, gaz, ropa).

Brak możliwości zaplanowania swojej przyszłości spowoduje negatywne przemiany w mentalności obywateli poszczególnych państw prowadząc do głębokich zmian społecznych. Coraz częściej będzie widoczna, także i u polityków, chęć podążania za istniejącym trendem w gospodarce, a nie budowanie stabilnej przyszłości. I to za pojęciem trendu rozumianym podobnie jak na giełdzie oraz analizowanym i diagnozowanym w niemal identyczny sposób. W wyniku tego wygenerowane, czasem nawet medialnie, podobne zachowania społeczeństw w skali globalnej spowodują często, nie mające wiele wspólnego ze wskaźnikami makroekonomicznymi w poszczególnych państwach czy tez rejonach, naprzemienne przypływy hossy i bessy. W tej sytuacji procesy gospodarcze na świecie staną się coraz bardziej niesterowalne i niezależne od jakiegokolwiek kraju czy też grupy państw.

Wszystko to musi doprowadzić do kolejnych, powtarzających się konwulsji kapitalizmu, jako ustroju gospodarczego, w najbliższych latach. Wydaje się też, że globalizacja umożliwiająca swobodny przepływ kapitału i usług staje się powoli jego grobem w aktualnej postaci.

Udowadnia też (np. Chiny, Rosja), że do rozwoju zachowań kapitalistycznych nie jest potrzebna demokracja, ani swobody obywatelskie ani nawet poparcie społeczne.

Niestety na razie trudno chyba jeszcze dostrzec, aby z tego chaosu wyłaniał się jakiś nowy pomysł na funkcjonowanie państw i społeczeństw. Bo nie jest nim na pewno nacjonalizacja upadłych gigantów i zwiększanie obciążeń finansowych dla własnych obywateli. Coraz większy wpływ polityki na decyzje ekonomiczne przedsiębiorstw nie jest powrotem do idei socjalizmu, a jedynie mąceniem w brudnej wodzie obecnego, dominującego na świecie ustroju. Coraz większy udział polityków, bez spójnej wizji przyszłości, a kierujących się jedynie rankingami swojej popularności, w decyzjach finansowych nie wróży niczego dobrego.

Dodatkowo utrata niezależności instytucji finansowych grozi zwiększeniem wpływów interesów partykularnych poszczególnych krajów, a co za tym idzie rozpadem organizacji wspólnotowych (takich jak np. UE).

Jedno jest pewne, że właśnie trwa, na razie bezkrwawa, rewolucja zmieniająca świat. Co z niej się wyłoni, jaka recepta na życie i przetrwanie, tego chyba na razie nie wie nikt. A banki, tak jak większość instytucji i firm, jeszcze nie znalazły swojego właściwego miejsca w tym nowym, globalnym świecie. Bardzo możliwe, że w przyszłości nie uda się im już powrócić na swoje tradycyjne, stabilne i ważne dla gospodarki poszczególnych państw miejsce. A utrata do nich zaufania społecznego jest już nieodwracalnym procesem.

Janusz Bugajski

Ad vocem w sprawie Narodu…

Posted: Listopad 18th, 2010, by admin

Chciałbym dorzucić swoje „3 grosze” do artykułu „Naród – byt abstrakcyjny?”. Miałem podobne przemyślenia, ale nie udało mi się jednak aż tak analitycznie rozbić definicji pojęcia „narodu” na części składowe. Szkoda, że nie mogłem przeczytać artykułu wcześniej, bo dyskusje jakie czasem prowadzę ze znajomymi nie byłyby takie chaotyczne. W związku z tym, że temat ten zawsze był dla mnie ciekawy nie mogę się powstrzymać od przekazania mojego spojrzenia (częściowo zresztą zbieżnego z artykułem) na ten temat.

Ze słowem „naród” już od dłuższego czasu mam poważne problemy. Wywołuje ono u mnie wyraźną niechęć. Jest to reakcja intuicyjna. Ma na to wpływ zapewne forma rozumienia tego pojęcia przez media, polityków i znaczną część naszej wspólnoty. Trudno się nie zgodzić z rozważaniami zawartymi w artykule. Oddają one w pełni stan mentalny naszego społeczeństwa i pewnego rodzaju zatomizowanie nie dające się ująć we wspólne ramy. Konkluzja jest też moim zdaniem trafna. Tak, jesteśmy indywidualistami i brak w nas tolerancji, szacunku dla innych. Sam w sobie to odkrywam. Dla mnie obecnie naród to też abstrakcja.

Zastanawia mnie jednak czy to aby na pewno jest stwierdzenie negatywne ?
Przecież coraz częściej, określony granicami państwa naród, we współczesnej Europie nie będzie spełniał nawet podstawowych kryteriów jedności i będzie coraz trudniejszy do zdefiniowania. Kryzys tożsamości narodowej związany z napływem imigrantów o zupełnie innej kulturze, religii, rasie, a często też bez historii własnej państwowości doprowadza do rozbicia tkanki i struktury społecznej wypracowanej przez wieki. Coraz trudniej z takiej mieszanki wybuchowej utworzyć jakąkolwiek spójną grupę, a co dopiero naród.
Oczywiście proces ten powoduje opór „starych” społeczeństw i odradzanie się lokalnie tendencji nacjonalistycznych, ale trudno sobie wyobrazić prawne lub faktyczne zatrzymanie tej tendencji.

Urzeczywistnieniem idei narodowych były w przeszłości państwa. Te ostatnie niestety (mimo swojej pozornej siły, którą starały się zademonstrować w czasie ostatniego kryzysu) mają coraz mniej do zaoferowania swoim obywatelom. Stają się uboższe nie tylko finansowo (mniej środków do wtórnej dystrybucji dla własnego „narodu”), ale i ideowo. Przez to są nieatrakcyjne dla swoich mieszkańców i powszechnie kontestowane.

„Odnarodowienie” Europy (a co za tym idzie jej obywateli) następuje też w wyniku realizacji programu ideowego UE. W myśl propagowanych zasad, w dzisiejszych czasach słowo „naród” powinno być zastąpione przez słowo „wspólnota” zarówno na poziomie globalnym jak i lokalnym. Na razie, my w Polsce, jesteśmy pewnego rodzaju ewenementem na skalę europejską. Jesteśmy bardzo wrażliwi (co ma swoje uzasadnienie historyczne) na tle swojej odrębnej państwowości i niezależności. Bronimy się przed zatruciem tkanki „narodowej” przekazywaną w genach ksenofobią, ale i co tu ukrywać, dość niskim poziomem zamożności. Jak długo będzie to trwało ? Paradoksem jest to, że nasz sukces gospodarczy otworzy bramy dla tych samych problemów, z którymi obecnie zmaga się Europa.

Nie wierzę, że patriotyzm społeczeństw Europy da się w jakiś cudowny sposób „zamerykanizować” (imigrant w USA często już w pierwszym pokoleniu identyfikuje się ze swoim nowym państwem). I to zarówno na poziomie UE jak i danego kraju. Coraz liczniejsze przykłady wskazują na proces odwrotny – atomizację dotychczasowych narodów i tworzenie się wewnątrz nich odrębnych wspólnot (głównie imigranckich, ale mamy też tendencje separatystyczne np. w Belgii, Hiszpanii).

A więc jednak „naród – byt abstrakcyjny” ? Chyba coraz bardziej tak. Nie widzę szans na odwrócenie tego procesu. Jedynym bodźcem do powrotu dawnej definicji narodu może być tylko wojna lub inna globalna katastrofa.

Idea UE zmierzająca do rozbicia państw na regiony (tzw. „małe ojczyzny”) i przekazania polityki zagranicznej, militarnej oraz części prawno-sądowniczej organom wspólnym dla całej UE jest sama w sobie „antynarodowa”. Ale ja wierzę, że nie w sensie pejoratywnym.
Uważam, że stworzenie rozlicznych, wielokierunkowych kontaktów i powiązań na poziomie lokalnym uniemożliwia prowadzenie polityki nacjonalistycznej. Pozwala na powolne zaakceptowanie różnorodności obyczajów, charakterów i sposobów myślenia różnych nacji. Pozbawienie się natomiast suwerennych sił zbrojnych, polityki prawnej i zagranicznej praktycznie z kolei eliminuje możliwość powstania tendencji izolacjonistycznych.
Być może jest to pewna utopia. Ale w najbliższych latach nie widać alternatywy dla takiej polityki.

Oczywiście nacjonalizm i obrona przed obcymi nie zniknie z obrazu Europy.
Wydaje się jednak, że chęć bycia zaakceptowanym (nie tylko poprzez zamieszkanie, ale też globalizację kontaktów we wszystkich sferach życia społecznego, także coraz ważniejszego – wirtualnego) przez daną, wybraną przecież dobrowolnie, wspólnotę lokalną (ale nie naród) powoduje przejmowanie od niej pozytywnych wzorców i przymykanie oczu na jej wady. Te pozytywne wzorce stają się swoistym bagażem zabieranym w kolejne miejsce zamieszkania (pracy, wypoczynku itp.). Można znaleźć oczywiście zaprzeczenie tej tezy – np. grupy muzułmańskie we Francji, ale nie zmienia to faktu, że wynikiem tego procesu jest rozwój tolerancji i otwartości społeczeństw zachodnich.

Oczywiście następuje też równocześnie negacja pewnych historycznych (chociaż czasem wydaje się, że ponadczasowych) wartości moralnych i etycznych. Ale w sumie prowadzi to wszystko do pewnego kompromisu społecznego i kulturowego. Stąd, odnosząc to do Polski, wiążę nadzieję z falą naszej emigracji do krajów EU. Część tych emigrantów jednak powróci i wymusi zmiany społeczne, a być może też polityczne, w naszych „regionalnych wspólnotach”. Ale będą to zmiany zgodne z ideami europejskimi, trudne do pogodzenia z naszą tradycją, a więc niemożliwe do zaakceptowania w sposób powszechny.

Moim zdaniem, chyba jednak nie uda nam się już stworzyć „narodu”, tego w pozytywnym i korzystnym dla nas kontekście. Różnice między nami Polakami są zbyt głębokie, brakuje zrozumienia, a nawet już podobnego opisu pojęciowego zachodzących zmian. Aby się o tym przekonać wystarczy przejechać przez Polskę z zachodu na wschód, zawadzając o Warszawę.
Wydaje mi się, że raczej „grozi” nam powolne roztapianie się w magmie społeczeństwa UE i stamtąd będą płynęły do nas ożywcze prądy tolerancji oraz zrozumienia dla inności.

Istnieje oczywiście poważne zagrożenie. Tak jak piszesz, stosunkowo łatwo wspólnoty mogą się przekształcić w plemiona współwyznawców, które posługują się szczytnymi ideami, ale są zamknięte dla otoczenia zewnętrznego i nie uznające, innego niż własne, spojrzenia na rzeczywistość. Wtedy następuje gwałtowny, plemienny konflikt. W dawnych wiekach był on zbrojny. Teraz ma wymiar jedynie mentalny i polityczny, ale niestety szkodliwy dla rozwoju całego społeczeństwa i to we wszystkich sferach (także ekonomicznej). Wydaje się, że masz rację i aktualnie w Polsce jesteśmy właśnie na tym etapie życia społecznego.

Powstaje natomiast pytanie czy grupa wspólnot może z powrotem przekształcić się w „naród”, czyli przejść proces, który już miał wielokrotnie miejsce w historii ? W najbliższych latach chyba już nie, gdyż indywidualizm jednostek (a także grup) jest nierozerwalnie związany z przemianami technologicznymi i gospodarczymi. Co wobec tego pozostaje dla patrioty lokalnego w istniejącym już, konkretnym państwie ? Nieustanna praca nad znajdowaniem „efektywnych rozwiązań spajających pozorne alternatywy w postaci ich sumy lub iloczynu”. Zadaniem państwa jest tworzenie ram prawnych dla takich działań, bez oceny ich słuszności. Jednak obecnie kłóci się to z pojmowaniem roli państwa przez większość obywateli, a co za tym idzie także przez ich przedstawicieli w organach politycznych, ustawodawczych i sądowniczych.

Podsumowując w diagnozie zupełnie się nie różnimy. Natomiast ja nie podzielam nadziei, że wraz z upływem czasu może nastąpić powolny proces dojrzewania do tworzenia wspólnego narodu. Wprost przeciwnie, łącznie z wymieraniem pokolenia, które musiało zdać krwawy egzamin z patriotyzmu, nastąpi jeszcze szybsza degrengolada tego pojęcia. Pozostanie on jedynie szyldem, głównie dla wydarzeń sportowych. W innym kontekście (oprócz oczywiście jeszcze określenia miejsca urodzenia obywatela) stanie się pojęciem negatywnym.
Jednym z pytań (pewnie w tym momencie bez odpowiedzi) jest jak daleko od własnej rodziny (czyli najmniejszej wspólnoty), tak zorganizowane, w dużej części bezideowe społeczeństwo, będzie w stanie umieścić pojęcie „dobra wspólnego” w hierarchii społecznej.

Janusz B.

Naród…. abstrakcja czy byt realny ?

Posted: Maj 21st, 2010, by Maciej

Konkretny człowiek – konkretny byt. Z krwi i kości, z konkretnym temperamentem, charakterem, osobowością. I wreszcie z konkretnym zestawem przekonań i poglądów, systemem wartości i stosunkiem do zbiorowości. A naród ? Rozumiem, że to zbiorowość ludzi mających wiele wspólnego.

A to co wspólne jest ważne dla każdego z członków narodu. Ważne, bo kształtujące świadomość każdego człowieka dorastającego w tej zbiorowości. Ważne, bo pozwalające na współuczestniczenie w zbiorowych histeriach. Ważne, bo pozwalające na prawie tożsamą interpretację zachowań innych członków grupy narodowej oraz członków odmiennych nacji. Czy trafną i uczciwą – to już zupełnie inna sprawa. Ważne wreszcie, bo zawierające zestandaryzowane zestawy zachowań uznanych przez innych członków zbiorowości za stosowne lub niestosowne w określonych sytuacjach. I chyba nie ma co tu rozważać w jakich sytuacjach – bo na jednym biegunie jest przywiązanie do wartości uniwersalnych a na drugim emocjonalno-racjonalny background decyzji i działań.

To co wspólne dla członków narodu, odróżnia ich od członków innej narodowej zbiorowości. Chyba można uznać, ze to co wspólne dla/u ludzi identyfikujących się, jako członkowie jednego narodu – definiuje ten naród. Co nas definiuje jako narodową wspólnotę ? Wiadomo, że symbole – godło i barwy, imiona kilku narodowych herosów, szczególne daty i zdarzenia podręcznikowo uznane za ważne w naszej historii. A czemu nie po prostu: historia? No, bo tu już zaczynamy się pięknie różnić – im historia świeższa tym się piękniej różnimy…Tak, że mówienie o wspólnej historii to taki mit a nie byt realny. Bo choć zdarzenia historyczne zaszły obiektywnie – to już wiedza o nich i ich interpretacja (czyli historia) jest bardzo zróżnicowana. I budząca intensywne emocje !

Emocje. Nagle z poziomu narodowej powierzchowności przeskoczyliśmy na poziom narodowego temperamentu – do emocji i motywacji – tego co nas nakręca, mobilizuje, złości, zniechęca, irytuje, frustruje, smuci, cieszy, napawa dumą, a zawstydza… ? Trudno tu znaleźć wiele tego, co budzi tożsame emocje u wszystkich ziomków poza … dramatyczną śmiercią, heroicznym poświęceniem i absolutnie altruistyczną motywacją (przy której nawet miłość jest podejrzanym egoizmem). I tak się biję z myślami -  czy mogę tu dopisać umiłowanie wolności… ? Chyba nie mogę. Pomijam to, że pod naszym panteonem leżą trupy narodowych zdrajców. Czy wolność jest dla nas szczególną wartością czy nie ? Czy nie potrzebujemy jej zaledwie jako pretekstu dla usprawiedliwiania decyzji i działań, które muszą być heroiczne i pełne cierpienia, bo jak nie, to cóż to za altruizm w tym poświęcaniu się ? Zostawię zadumanego lub wkurzonego moim wywodem czytelnika, by sobie dalej sam ze mną podyskutował… Bo mam jeszcze jedną rzecz, z pewnością wspólną dla znakomitej większości rodaków (mnie z tej liczby nie wyłączając), która jest składową narodowego temperamentu: emocjonalność. Mamy tak silną potrzebę przeżywania silnych emocji, że… zaplujemy się w gorących, kawiarnianych dyskusjach. Dobrze, że szabelki wyszły z mody … I byle jaki pretekst jest dobry by publicznie przejawiać swój stosunek do rzeczywistości, dramatycznie i ekspresyjnie. Uwielbiam to u rodaków… od czasu, gdy nabrałem dystansu.

I chciałoby się tu kropkę postawić, ale pojawia się niepokój wywołany wątpliwością – czy gorączka kawiarnianych dyskusji jest wystarczająca, by zaspokoić naszą emocjonalną żarłoczność ? Od dwudziestu lat uznajemy się za w pełni wolnych. A gdzież mamy wspólną rację stanu ? Co do niej należy ? Jak zdefiniowaliśmy, tak samo rozumiane i przez większość tak samo traktowane, dobro wspólne ? Macie dobrą odpowiedź na to pytanie ? Za to potrzeba heroizmu nadal w nas żyje… i dzieli na … różnie odważnych. W efekcie ciągle musimy się zastanawiać czyje poświęcenie było czystsze, bardziej patriotyczne, bardziej wartościowe… Ten jałowy targ trwa… a psychologowie mają ubaw, bo zdają sobie sprawę ile w tych losach ludzkich jest przypadku, ile subiektywnych, temperamentowych skłonności, a jak nie wiele jakiejś miary obiektywnej, którą wszyscy mogliby uznać za wzorzec szlachetności.

Jesteśmy jak niekochane sieroty, którym zabrakło matczynej miłości i wsparcia i teraz bardzo pragną to nadrobić. Po części to prawda – wielu ludziom z patriotycznych, przedwojennych rodzin zabrano miłość ojczyzny w ojczyźnie z ludowym przymiotnikiem… Cierpieli, np. nie mogąc odreagować daniny poświęcenia, którą złożyli ich bliscy… nie mogąc nawet świeczki na grobie zapalić. Okrutne historie. Historie, których odreagowanie budzie stare demony…

Rodzi się trudne pytanie: czy ból skrzywdzonych jest dobrym powodem by następne pokolenia wciągać w emocjonalne rozliczenia z innymi nacjami ? Tak, bo pamięć tego bólu może powstrzymać okrucieństwa w przyszłości. Nie, bo może je wywołać – nie daj Boże prowokować nieufność, podejrzliwość,… zemstę ? Sprzeczność – dwie wykluczające się odpowiedzi. Jak ten konflikt rozbroić ? Może to jest pytanie ważne, żeby nas z nami pojednać i znaleźć powód dla wybaczania bez rozliczania innych ?

Tyle o temperamencie. A co z narodowym charakterem… Czy mamy wiele wspólnego ? Np. podobną samodyscyplinę, zdolność do współdziałania, otwartość na innych, zdolność do komunikowania się (dodajmy efektywnego, tzn., że te same pojęcia znaczą dla nas to samo). A co z systemem wartości, który wdrażany w życie kształtuje nasz charakter ograniczając zapędy indywidualnych temperamentów na rzecz dobrego uczestnictwa w grupie (z tym samym systemem wartości) ? Co np. oznacza dla rodaka bycie patriotą: emocjonalne współuczestnictwo, manifestowane flagami, wspólnymi modlitwami, marszami i charytatywnymi akcjami czy… rzetelne płacenie podatków, uczciwa robota, poprawne traktowanie podwładnych i współpracowników, odpowiedzialne wychowanie następców ? A może jedno i drugie ! Mam nadzieję, że tego dożyję… Jaka jest więc syntetyczna odpowiedź dotycząca charakteru ? Myślę, że wartością samą w sobie jest dla nas indywidualizm. Zróżnicowanie charakterologiczne i nieposiadanie cech podobnych do innych to chyba nasza cech wspólna ! Musimy się pięknie różnić, inaczej… nie istniejemy. I… to nas łączy, a w szczególności potrzeba ekspresji indywidualnych charakterów, poglądów – za wszelką cenę i często ponad miarę odpowiedzialności za oddziaływanie na innych, szczególnie na młodych ludzi. A rozsądek, umiłowanie porządku, racjonalizm ? A akceptacja odmienności, szacunek dla innych, uprzejmość chociażby ? …. Hm – tu też się pięknie różnimy… Pogadajcie z Poznaniakiem, spędźcie trochę czasu z Krakusami… Żal tylko, że to wspólne tak nas poróżnia.

Może by zadbać o to, by na poziomie kształtowania narodowej osobowości (jeśli ten poziom indywiduum można w ogóle odnieść do zbiorowości narodowej) pojawiła się taka cecha wspólna jak szacunek, szczególnie do rodaka, do współziomka, z którym jednak łączy nas chociażby to historyczne zagmatwanie, trudne, bardzo trudne życiowe wybory – dbałość o bliskich czy o ojczyznę ? Walka czy jednak budowanie ? Wolność zbiorowa czy indywidualna ? Szacunek – dobre słowo tłumaczone na łacinę: „respicere”, czyli prze-patrzenie, zobaczenie czegoś takim jakim jest, bez próby przeróbek i przemodelowań[1], wydanie zgody na to, że współziomek jest takim jakim jest i ma do tego prawo, bo tak go ukształtowała jego historia, temperament i charakter.

Może by spróbować uznać szacunek do rodaka jako główny przejaw patriotyzmu ? Bo co mamy uznać za godne poświęcenia ? Rodzinę – tak, ale to samo przez się… Kumpli i przyjaciół ? Zgoda, ….ale tak mają wszyscy. A może współwyznawców wiary, systemu wartości, lojalnego oddania się grupie – ale to mi bardziej przypomina jakieś plemienne stosunki, gdzie lojalność wobec grupy jest warunkiem jej przetrwania… to jakiś niepokojący archaizm (atawizm stada), a nie wybór wolnej woli jednostki, która choć czuje się odpowiedzialna za grupę, to nie zawsze MUSI się z nią zgadzać. I ta odpowiedzialność jest prawem uczestnictwa, a nie przymusem wspólnego wyznania. A z tym mamy kłopot… „Nie zgadzam się z Panem Panie Prezesie, ale czuję się współodpowiedzialny za losy współziomków i będę Pana przekonywał do mojego widzenia spraw oraz nie będę z góry odrzucał pańskiego punktu widzenia…”

Wiem, wiem – w jedności siła. Znam to i się z tym zgadzam, tyle, że jedność nie może ograniczać horyzontów. Zauważyłem pewną prawidłowość w pracy analitycznej – im więcej punktów widzenia się analizuje tym bliżej jest się prawdy, oraz – jak bardzo często okazuje się, że na poziomie coraz szczegółowszego rozumienia racji bardziej ogólnych dochodzi się do bardzo efektywnych rozwiązań precyzyjnie spajających pozorne alternatywy… Może prawda racji nie leży w wyborze jednej z alternatyw, ale w poszukiwaniu ich sumy lub iloczynu (obszaru wspólnego). Prawda to raczej suma niż wykluczenie. To wyciągnięty z praktyki prac analitycznych wniosek metodologiczny a nie marzenie. I… patrząc jak daleko jesteśmy od wspólnych prawd dochodzę do wniosku, że jesteśmy jeszcze za niedojrzali na to, by tworzyć naród. Wychodzi na to, że nasz główny poziom współuczestnictwa w zbiorowości – to plemię współwyznawców… A naród dla nas to jeszcze abstrakcja…

Wiem, że dla wielu to prowokacja. Trudno.

Pozostający w swej pierwotnej naiwności

Współziomek


[1] [s.87] Erich Fromm „Niech się stanie człowiek”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2005

Rosja w Unii – to absurd

Posted: Marzec 6th, 2010, by Maciej

W Gazecie Wyborczej z 6-7 marca Pan Mirosław Czech pisze interesująco[i] o zmianie polityk zagranicznych na linii Rosja – Polska w stronę, nazwijmy to, „wzajemnego poszanowania się”. Przywołuje poglądy Pana Sławomira Dębskiego o tym, że Rosja nie ma wyjścia i MUSI jednoczyć się z Europą. Warunkiem zjednoczenia ma być dokonanie w Rosji modernizacji – szeroko rozumianej – ekonomiczno-technologicznej (jeśli dobrze to interpretuję). I do tego momentu pełna zgoda. Rosja rzeczywiście nie ma wyjścia – MUSI. Szczególnie musi się zmodernizować.

 

W następnych akapitach, tylko nie bardzo zrozumiałem, czy to sugestia Pana Czecha, czy powtórzenie za Panem Dębskim, napisano o wejściu Rosji do Unii. Choć emocjonalnie byłbym za i… choć logika globalnych interesów wskazuje na sens takiego ciasnego rosyjsko-europejskiego splotu, to w „realu” nie widzę szans na takie rozwiązanie w ciągu najbliższych 150 lat (dalej się wytłumaczę z tego okresu). Niestety…

 

A przeszkodą jest niewyobrażalna, ogromna różnica kulturowa między Rosjanami a mieszkańcami Europy zachodniej. Szczególnie w obszarze stosunku do władzy. Albo precyzyjniej – stosunku władzy do osób jej podlegających. Późną  wiosną 2008 roku w Moskwie, jeden z moich rosyjskich kolegów powiedział, że w Rosji dominują dwa typy biznesów: potężny biznes korporacyjny i mikro firmy (samo zatrudnienie + do kilku osób do pomocy). Dlaczego, w ciągu ostatnich lat nie rozwinął się legalny średni biznes ? Z jego wypowiedzi wynikało, że przyczyny są dwie: (1) koncentracja na wydobyciu i przetwórstwie surowców, co wymaga koncentracji kapitału i ludzi, (2) powstrzymujące inicjatywę gospodarczą zbyt wielkie ryzyko jej rozwoju. Ryzyko, o którym mowa, to ryzyko, którego źródłem jest lokalna władza urzędnicza (nie wyłączając milicji i straży pożarnej). Ci „urzędnicy” masowo i nagminnie nakładają, w sposób nie dający się przewidzieć, zaplanować, uwzględnić w biznesplanach – haracze, których rozmiar i częstotliwość wzrasta w postępie geometrycznym w stosunku do wzrostu biznesu.

 

Krótko mówiąc chodzi o powszechną KORUPCJĘ WŁADZY. I… to najprawdopodobniej jest jedyny czy też, z pewnością, najważniejszy powód uniemożliwiający modernizację Rosji. A ponieważ, równocześnie jest to sposób egzekwowania władzy, jej motywacyjny fundament ukształtowany przez wieki – to nie widzę szans na zmianę w czasie krótszym niż 150 lat. O tylu latach potrzebnych do powstania trwałych zmian w kulturze narodowej mówi Pan Geert Hofstede[ii].

 

Myślę, że nie brak Rosjanom motywacji, inteligencji, uporu i hartu ducha i… z ich zachowania wnoszę, że nie brak im też rozsądku, by narażać się na ogromne ryzyko nieprzewidywalności zachowań wobec nich ich własnych ziomków w urzędniczym przebraniu. Czy jest wyjście ? Niestety nie potrafię sformułować odpowiedzi pozytywnej i ją racjonalnie, tzn. z uwzględnieniem tamtych realiów, uargumentować. Dlatego nie widzę szans na modernizację Rosji i jej dalszych, pozytywnych dla wszystkich konsekwencji…

 

MJ

 


[i] Mirosław Czech „Sojusz z Rosją ? Jeszcze za wcześnie.” Gazeta Wyborcza 6-7 marca 2010

[ii] Geert Hofstede „Kultury i organizacje”, Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 2000

Controlling (cd). Model w organizacji – efekt ostateczny.

Posted: Marzec 2nd, 2010, by Maciej

Przydział dopasowanych, kompatybilnych obszarów decyzji i działań został zaprezentowany w poniższej tabeli. Nie polega on na precyzowaniu wszystkich czynności, które dana osoba (komórka organizacyjna) ma wykonać (wykonywać), a jedynie na wskazaniu informacji, z którą należy pracować, i na którą ma się wpływ. Wyznaczone są więc trzy typy danych:

  • parametry wejściowe, czyli inaczej: egzogeniczne wejściowe– zewnętrzne w stosunku do przedsiębiorstwa/ komórki organizacyjnej / osoby, na które nie ma ona wpływu,
  • parametry decyzyjne – wewnętrzne, będące rezultatem decyzji i działań podjętych w komórce przez określoną osobę,
  • parametry endogeniczne wyjściowe – skutki, efekty decyzji podjętych w danej komórce przez określoną  osobę.

 

To parametry decyzyjne wyznaczają precyzyjnie obszar decyzji i działań wybranej komórki organizacyjnej lub konkretnej osoby. Wszelkie działania i decyzje podejmowane przez osobę (lub komórkę organizacyjną) w celu uzyskania (zaplanowania i osiągnięcia) przypisanego jej parametru decyzyjnego są jej wyłącznym polem decyzji i działań. Zwróćmy uwagę, że nie opisujemy tego, jako pole wpływu. Bo pole wpływu obejmuje również parametry wyjściowe, które nie muszą być wyłącznym skutkiem aktywności określonej osoby lub komórki organizacyjnej. Tutaj ojców sukcesu może być wielu. Ilustruje to poniższa tabela. Dlatego mówimy o polu decyzji i działań, by nie tworzyć wspólnych, dla kilku osób, obszarów oddziaływań ukrytych w pojęciu pole wpływu.

 

Komórka organizacyjna / osoba

Parametry wejściowe

Parametry decyzyjne = pole decyzji i działań

Parametry wyjściowe

Technolog {cj} – jednostkowe ceny zakupu lub koszty wytworzenia {nj/i} – normy  

 

{jkzi} – jednostkowy koszt zmienny

Zaopatrzeniowiec  

{nj/i} – normy

{cj} – jednostkowe ceny zakupu lub koszty wytworzenia
Szef sprzedaży  

{jkzi} – jednostkowe koszty zmienne

{Ci} – jednostkowe ceny sprzedaży Mb – marża brutto
{Ii} – ilości sprzedaży

 

Zanim skomplikujemy powyższą tabelę wprowadzeniem Szefa produkcji i Szefów mpk’ów odkryjmy pojęcie więzi informacyjnych. Zauważmy, że jedyny parametr egzogeniczny w stosunku do całej organizacji tworzonej przez trzy osoby – to zbiór jednostkowych cen zakupu składników (surowców i materiałów). Normy i jednostkowe koszty zmienne są parametrami egzogenicznymi tylko w stosunku do określonych osób (kolejno: Zaopatrzeniowca i Szefa sprzedaży). A jednostkowy koszt zmienny jest jednocześnie: parametrem egzogenicznym dla Szefa sprzedaży i endogenicznym dla Zaopatrzeniowca i Technologa. Jednostkowy koszt zmienny tworzy więź informacyjną między Technologiem i Zaopatrzeniowcem a Szefem sprzedaży. Szefowi sprzedaży niezbędna jest informacja o wartościach jednostkowych kosztów zmiennych dla ustalania takich cen sprzedaży i negocjowania takich jej ilości, by wygenerować określoną marżę brutto.

 

Definicja więzi informacyjnych brzmi następująco: jeśli ten sam parametr występuje w dwóch komórkach organizacyjnych w różnych formach (endo-, egzo-, decyzja) to stanowi on więź informacyjną między tymi komórkami. Uporządkowane zbiory więzi informacyjnych tworzą układ / system informacyjny organizacji.

 

Zapewne uważny czytelnik zorientował się już, że od jakiegoś czasu realizujemy kolejny etap procedury dochodzenia do modelu, polegający na lokalizowaniu formuły biznesu w czasie i przestrzeni organizacyjnej przedsiębiorstwa. I tu zaczynają się pojawiać zagadnienia, które zmuszą nas do dalszego rozbudowywania i uszczegóławiania formuły biznesu (10)[1] do postaci uwzględniającej dodatkowe parametry, leżące w polach decyzji i działania innych osób (=komórek organizacyjnych) funkcjonujących w przedsiębiorstwie: Szefa produkcji i Szefów mpk’ów. Pojawia się zagadnienie znane z pierwszego rozdziału, a mianowicie podział zarządzania na kompleks funkcji: planowania, organizacji/wykonania, kontroli i motywowania. Każda z tych funkcji rodzi swój „poziom” danych odnoszących się do tych samych parametrów: poziom danych planowanych (np. planowany jednostkowy koszt zmienny), poziom danych wykonanych (np. faktyczny jednostkowy koszt zmienny), poziom odchyleń (np. różnica między planowanym a faktycznym jednostkowym kosztem zmiennym). W naszym przykładzie to Szef produkcji wpływa na faktyczne osiąganie norm zużycia i jednostkowego kosztu zmiennego produktów. W poniższej tabeli uwzględniono podział na parametry planowane z indeksem „P” i faktycznie osiągnięte – z indeksem „F”. Tam, gdzie nie wskazano parametru chodzi zarówno o planowane jak i osiągnięte wartości.

 

Komórka organizacyjna / osoba

Parametry wejściowe

Parametry decyzyjne

Parametry wyjściowe

       
Technolog {cj} – jednostkowe ceny zakupu lub koszty wytworzenia {nj/i} – normy {jkzi}– jednostkowy koszt zmienny
Zaopatrzeniowiec {nj/i} – normy {cj} – jednostkowe ceny zakupu lub koszty wytworzenia {jkzi} – jednostkowy koszt zmienny
Szef sprzedaży {jkzi} – jednostkowe koszty zmienne {Ci} – jednostkowe ceny sprzedaży,

{Ii} – ilości sprzedaży

Mb – marża brutto
       
Szef produkcji {nj/iP}– normy planowane,

{jkziP} – planowany, jednostkowy koszt zmienny,

{cjF}- faktyczne jednostkowe ceny zakupu lub koszty wytworzenia,

{nj/iF}– normy osiągane {jkziF}– osiągany jednostkowy koszt zmienny
  {Ii} – planowane ilości sprzedaży {PIi} – osiągane ilości produkcji – gotowe do sprzedaży i na zapas {ZIi} – aktualny zapas wyrobów gotowych do sprzedaży
       
Szefowie mpk’ów {Mb}-{Z} – planowana marża brutto pomniejszona o planowany zysk operacyjny, lub: KSm – planowane koszty stałe dla danego mpk’u r ksr/m} – koszty stałe rodzajami w mpk’u {KSm} – osiągane koszty stałe danego mpk’u
       
Prezes Zarządu {Z}-planowany zysk operacyjny, {∆} – raport o odchyleniach {Mb}, {KSm}- planowane marża i koszty stałe na okresy pozostające do końca roku, oraz zespół decyzji/reakcji na odchylenia wszystkich parametrów wchodzących w skład formuł (10), (12) {Z} – zysk operacyjny

 

Jak, podzieliwszy kompatybilnie (przystająco) pola decyzji i działań między osoby działające w organizacji, mamy jednocześnie uwspólnić odpowiedzialność, nie naruszając tego podziału? Uwspólnienie oznacza, że cel, w postaci zysku operacyjnego, jest ten sam dla wszystkich, ale zbiory decyzji i działań, które do niego prowadzą pozostają nadal rozdzielne – dla każdego inne. Ich rozdzielność, kompatybilność czy też przystawalność polega na nie wtrącaniu się wzajemnym w decyzje i działania. Ostatnie słowo w danym obszarze należy do osoby, której ten obszar przyporządkowano – wyłącznie.

 

Osoba odpowiedzialna za przyporządkowane jej parametry powinna je przewidywać, planować i działać tak, by osiągnęły one w rzeczywistości wartości zbliżone do zaplanowanych. Planowanie, organizacja/wykonanie, kontrola i … motywowanie to komplet czterech funkcji zarządzania, których realizowanie jest warunkiem założenia sprzężeń zwrotnych:

 

  • informacyjno-technicznego – między kontrolą a planowaniem,
  • motywacyjnego – między kontrolą a wykonaniem.

 

Takie postulaty efektywnego zarządzania wyłożyliśmy we wcześniejszych artykułach. W praktyce funkcjonowania prezentowanego systemu, założenie sprzężeń zwrotnych sprowadza się do:

 

  • wykazania stopnia wpływu nieosiągania zaplanowanych, konkretnych parametrów na zmianę rocznego zysku operacyjnego,
  • uzależnienia statusu osoby odpowiedzialnej za konkretne parametry od zmiany zysku operacyjnego.

 

Dla zobrazowania wpływu poszczególnych parametrów na roczny zysk operacyjny posłużmy się formułą (10). Jeśli Szef sprzedaży nie osiągnie zaplanowanej ilości sprzedaży, to uszczupleniu ulega marża brutto (Mb) i zysk operacyjny. Obliczamy to w sposób następujący:

 

∆ZSSI = [∑i (IiF – IiP) x (CiP – (Σj cjP x nj/iP)]  (14),

 

gdzie ∆ZSSI jest odchyleniem zysku operacyjnego spowodowanym przez Szefa sprzedaży (SS) z tytułu nieosiągnięci planowanej ilości sprzedaży, a IiF – IiP = ∆Ii to różnica między faktyczną i zaplanowaną ilością sprzedaży, czyli inaczej: odchylenie na ilości sprzedaży. Analogicznie można postąpić z parametrem cen sprzedaży:

 

∆ZSSC = [∑i IiP x (CiF - CiP)]   (15),

 

gdzie  CiF – CiP = ∆Ci – odchylenie na cenach sprzedaży i-tego asortymentu.

 

Sumując odchylenia powstałe z tytułu niesprzedaży planowanej ilości produktów po planowanej cenie otrzymujemy łączne odchylenie spowodowane działaniami i decyzjami Szefa sprzedaży:

 

∆ZSS =  ∆ZSSI + ∆ZSSC      (16).

 

Możemy teraz odnieść wyliczone odchylenie do planowanego zysku operacyjnego otrzymując w ten sposób względny wskaźnik wpływu Szefa sprzedaży na zmianę zysku operacyjnego przedsiębiorstwa (WSS):

 

WSS = ∆ZSS / Z      (17).

 

Ten ostatni wskaźnik może nam służyć do oceny efektywności pracy Szefa sprzedaży. Jeśli Szef sprzedaży ma prawo do jakiejś premii z tytułu umowy o pracę, to tą premię możemy również korygować podanym współczynnikiem w sposób następujący:

 

PreF = PreP x (1 + WSS)          (18),

 

gdzie: PreF faktyczna premia wypłacana Szefowi sprzedaży,

            PreP planowana premia dla Szefa sprzedaży.

 

Powyższa formuła (18), oraz formuły (14) – (17) wiążą status materialny Szefa sprzedaży z jego wpływem na zmniejszenie/zwiększenie zysku operacyjnego przedsiębiorstwa. W ten sposób jest założone motywacyjne sprzężenie zwrotne.

 

Zakres informacyjno-technicznego sprzężenia zwrotnego jest znacznie szerszy od zakresu sprzężenia motywacyjnego. Jego atrybuty informacyjne są następujące:

 

  • wartość odchylenia zysku – czyli wartość o jaką należy skorygować przyszłe parametry, by zaplanowany zysk osiągnąć z końcem roku,
  • wartości odchyleń poszczególnych parametrów – czyli wartości do ewentualnego (o ile jest taka możliwość) skorygowania tychże parametrów w przyszłych miesiącach,
  • hierarchia odchyleń – czyli uporządkowany zbiór wartości odchyleń zysku operacyjnego – od największego do najmniejszego – powstałych wskutek odchyleń określonych, konkretnych parametrów,
  • lokalizacja odchyleń – dzięki przydziałowi parametrów, czyli pól decyzji i działań wiemy co i kto jest największym źródłem kłopotów lub sukcesów.

 

Pierwsze dwa atrybuty można wykorzystywać do wypracowywania tzw. reakcji kompensujących skutki. Wartość odchylenia rocznego zysku operacyjnego ustaloną po osiągnięciu faktycznego zysku w miesiącu styczniu można podzielić:

 

  • na dziesięć lub jedenaście korekt zysku w przyszłych miesiącach,
  • na (10 x m)-korekt kosztów stałych w poszczególnych miejscach powstawania kosztów (mpk) w przyszłych miesiącach,
  • na (10 x m x r)-korekt poszczególnych rodzajów kosztów w konkretnych mpk’ach,
  • oraz na dziesięć lub jedenaście korekt miesięcznych marż brutto dokonanych przez korektę cen zbytu i-luś tam wyrobów, lub cen materiałów i surowców lub norm ich zużycia na wytworzenie tychże wyrobów.

 

Jak widać rekompensata skutków styczniowego odchylenia może się „rozproszyć” na wiele niewielkich kompensat poszczególnych parametrów. I o to chodzi, by jak najmniejszym wysiłkiem poszczególnych osób pochłonąć ubytek zysku. Przy tej kompensującej reakcji najważniejsza jest szybkość przeplanowywania przyszłych parametrów, tak by zapewnić korektę parametrów nie dziesięciu, a jedenastu miesięcy – po uzyskaniu wyników stycznia. Bez komputerowego modelu biznesu – ani rusz. Z organizacyjnego punktu widzenia można się dopracować standardowych zachowań – reakcji wg powtarzalnej procedury obejmującej działania korygujące przyszłe parametry. To też skróci czas reakcji.

 

Hierarchia i lokalizacja odchyleń jest informacją rozpoczynającą reakcje usuwania przyczyn. Po pierwsze osoby zarządzające przedsiębiorstwem wybierają do analizy te obszary działań i decyzji, które generują największe odchylenia zysku. Nie muszą rozpraszać swej uwagi na małoistotne zdarzenia. Po drugie wiadomo, w którym miejscu i z jakiego powodu zacząć poszukiwanie przyczyn odchylenia. I tutaj kończy się możliwość podpowiedzi ze strony autorów – jak prowadzić dalej śledztwo w sprawie odchylenia (a nie przeciw komuś). Każdy przełożony wraz z podwładnym zarządzającym konkretnymi parametrami, analizują konkretną sytuację i zadają sobie różne pytania chcąc odnaleźć przyczynę odchylenia. Celem dochodzenia do prawdy jest ustalenie działań eliminujących odchylenia w przyszłości, w wytypowanym obszarze aktywności przedsiębiorstwa.

 

Działania zaradcze mogą grozić określonymi kosztami. Ich wydatkowanie – to też kłopot decyzyjny. By sobie z nim poradzić można w łatwy sposób policzyć planowaną efektywność usunięcia przyczyny odchyleń. Bazą jej wyliczenia jest tutaj odchylenie rocznego zysku operacyjnego z powodu niedotrzymania konkretnych parametrów. Wychodzimy bowiem z założenia, że podjęte działania wyeliminują przyszłe odchylenia nie mniejsze od odchyleń przeszłych. Tak więc, w prosty sposób, dzieląc planowane wydatki przez wspomniane odchylenie, otrzymujemy przybliżony okres ich zwrotu.

 

Jak widać z powyższego reakcje usuwania przyczyn nie muszą być wykonywane pod presją czasu. Bo reakcje kompensacyjne już zapewnią usunięcie szkód. W wypadku usuwania przyczyn odchyleń najważniejsza jest jakość działania i skuteczność. Lepiej wolniej i dokładniej niż szybciej i po łebkach. Lepiej mieć pewność usunięcia przyczyny niż tylko nadzieję lub usprawiedliwienie, że coś się tam zrobiło. Kolejny wniosek wypływający z postulatu równoczesnego stosowania dwóch typów reakcji jest następujący: ponieważ z jednej strony kompensujemy skutki odchyleń, a z drugiej usuwamy ich przyczyny – to w rezultacie z czasem podwajamy efekt. To zjawisko nazywamy zjawiskiem uruchamiania rezerw przedsiębiorstwa. A naprowadza nas na nie analiza odchyleń.

 

Sprawny model – to podstawa zwiększania efektywności. Im większy obszar aktywności on obejmuje, im większa zmienności parametrów procesu, za którymi należy nadążać, im bardziej skomplikowana formuła biznesu – tym bardziej niezbędnym staje się jego algorytmizacja i wrzucenia do komputera z zapewnieniem dostępu poprzez Intranet dla wszystkich tych osób w organizacji, które mają wpływ na efekt końcowy jej działalności.

 

Zauważmy, że model tu prezentowany zawierał zarówno dane planowane i modelowane, jak i dane faktyczne. Konieczne jest więc podłączenie modelu do systemów gromadzenia danych już działających w przedsiębiorstwie – obsługujących gospodarkę materiałową, finanse i księgowości, kadry, sterowanie produkcją itp.

 

dr Maciej Jesiołowski

 


[1][1][1] Patrz artykuł: Controlling. Formuła biznesu – klucz do modelowania.

Controlling (cd). Model – klucz do efektywności.

Posted: Luty 25th, 2010, by Maciej

Aby dojść do poprawnego modelu, czyli takiego, który będzie dawał wyniki bardzo przybliżone do rzeczywistości rejestrowanej w księgach przedsiębiorstwa, trzeba zrozumieć jak poszczególne parametry formuły biznesu (10)[1] są realizowane w konkretnej strukturze organizacyjnej. Kto o nich decyduje, kto je zmienia, planuje i kontroluje. Lub, kto powinien robić wszystkie te rzeczy, bo nie zawsze ich wykonanie jest takie oczywiste.

 

Za nim przejdziemy do szukania „winnych” lub „odpowiedzialnych”, lub tych, którzy „mają wpływ”, zacznijmy od przypomnienia, o co walczymy. Postulat dążenia do maksymalnego wykorzystania zdolności produkcyjnych, do podnoszenia wydajności jest postulatem pierwszoplanowym. Parametrem, który odzwierciedla stopień jego realizacji jest ilość sprzedaży/produkcji: {Σi Ii}. Następnym ważnym postulatem – jest postulat maksymalizacji marży brutto {Mb} sprzedaży, która opisana jest parametrami z pierwszego nawiasu kwadratowego formuły (10): {Mb=[Σi Ii x (Ci – (Σj cj x nj/i)]}. Kolejny postulat decydujący o zysku – to postulat zmniejszania kosztów pośrednich (stałych): {KS=[ΣmΣr ksr/m]}.

 

Każdy z parametrów formuły (10) wpływa na stopień realizacji postulatów wynikających z pozycji strategicznej fabryki papieru gazetowego oraz na postulat maksymalizacji zysku. I każdy z nich jest skutkiem konkretnych działań i decyzji określonych osób współdziałających w organizacji. Właśnie: „współdziałających”. Czy zawsze ? Podzielmy te parametry między członków organizacji. Kto odpowiada za ilość sprzedaży {Σi Ii}? Szef sprzedaży. Możemy mu również przyporządkować odpowiedzialność za jej wartość, czyli za: {Σi Ii x Ci}. Technolog, z racji swej specjalizacji, odpowiada za normy : {nj/i}. Praca Zaopatrzeniowca skutkuje określonymi cenami składników papieru: {cj}. A kto odpowiada za realizację postulatu maksymalizacji marży brutto: {MB=[Σi Ii x (Ci – (Σj cj x nj/i)]} ? Znalezienie dobrej odpowiedzi na to pytanie jest ważne, bo w momencie zaostrzania się walki konkurencyjnej funkcjonalny podział odpowiedzialności za oddzielne parametry modelu może skutkować konfliktami, a to przełoży się na obniżenie jakości pracy (decyzji) a w konsekwencji na zmniejszeniu zysków. Sprzedawca może, bowiem sprzedać całość produkcji {Σi Ii}, ale po cenie nie gwarantującej pokrycia kosztów zmiennych. Jeden z postulatów zostanie wypełniony, ale kosztem przedsiębiorstwa. Po wygranej walce rynkowej firma może się już nie podnieść.  

 

Dalsze pytania o współdziałanie w walce o zysk dotyczą też Szefa produkcji. Jego zadaniem jest przecież wyprodukowanie owej ilości {Σi Ii}asortymentów dla dalszej sprzedaży. A koszty stałe też muszą być pod kontrolą Szefów mpk’ów. Jak doprowadzić do sytuacji, w której działania każdego z członków organizacji doprowadzą do pożądanych skutków w postaci określonej wartości rocznego zysku operacyjnego ?

 

Pierwsze rozwiązanie jakie się nasuwa – to usztywnienie parametrów – w formie nieprzekraczalnych zadań: np. faktyczna ilość sprzedaży ma być większa od planowanej, ceny zbytu nie mają być niższe niż te, które zaplanowano, normy są nie do przekroczenia, a ceny zaopatrzeniowe najważniejszych składników mają swój górny pułap, podobnie koszty stałe nie mogą przekroczyć określonego limitu. Tylko, że rzeczywistość może przerosnąć oczekiwania planistów w sposób nieprzewidywalny. Zakres tej nieprzewidywalności bywa zmienny. Raz zaskoczą ich zmiany cen zaopatrzeniowych, a drugi raz wejście na rynek nowych konkurentów ograniczających ilościowe możliwości sprzedaży. Nieprzewidywalność zakresu zmienności parametrów naszego biznesu zależy od zmian w naszej pozycji strategicznej, oraz od zmian w pozycjach strategicznych naszych dostawców, odbiorców i konkurentów. To jest dynamiczny układ. A nasz biznes jest jego cząstką, współtwórcą i współuczestnikiem. A to oznacza nie tylko możliwość narzucania swych warunków otoczeniu, ale i konieczność adaptacji względem niezależnych i dynamicznych uwarunkowań odbijających się na wytypowanych parametrach procesu biznesowego.

 

Drugie rozwiązanie – to rozwiązanie dylematu: jak osiągnąć planowany zysk nie usztywniając jego składowych ? To proste – trzeba odwrócić założenia i ich skutki. Założeniem ma być zysk (cel) a parametry takie jak: {Σi Ii , Ci, cj, nj/i, Σr ksr/m}– mają być skutkami tegoż zysku i tych spośród nich, które kształtują się niekorzystnie. W ten sposób zadbamy o rezultat współdziałania i o ELASTYCZNOŚĆ decydowania w celu adaptacji całego systemu do zmiennych warunków działania z możliwie minimalnym zagrożeniem celu – czyli zysku. Matematycznie zadanie nie jest trudne. Jak je jednak zaimplementować w żyjącej organizacji ? I tutaj przychodzą z pomocą ustalenia poczynione w poprzednich artykułach o efektywnym zarządzaniu (szukaj na  blog’u). Chodzi o:

  • właściwy podział czasu osiągania celu na okresy kontrolne,
  • właściwe przydzielenie dopasowanych, kompatybilnych obszarów decyzji i działań poszczególnym osobom – członkom, uczestnikom organizacji,
  • uwspólnienie odpowiedzialności,
  • założenie sprzężeń zwrotnych:
    • informacyjno-technicznych – między decyzjami i działaniami poszczególnych osób, a ich celem – czyli zyskiem,
    • motywacyjnych – między wpływem danej osoby na zysk a jej statusem.

 

Po co dzielimy czas osiągania celu na podokresy ? Po to, by mieć wcześniejsze szanse na wypracowanie sensownych reakcji w wypadku przewidywanego zagrożenia rocznego zysku operacyjnego. W takim wypadku formuła (10) zaczyna się zamieniać w coraz bardziej skomplikowany model, tym razem rozłożony na dwanaście miesięcznych składowych:

 

Z = Z1 + Z2 + Z3 + Z4 + Z5 + Z6 + Z7 + Z8 + Z9 + Z10 + Z11 + Z12    (11),

 

z których każda jest tak samo zbudowana, jak formuła (10), tyle tylko, że zawiera parametry obowiązujące w danym miesiącu. Ustalając planowane parametry ilości {Ii} i cen sprzedaży {Ci} produktów, cen zakupu {cj} i norm zużycia {nj/i} materiałów, oraz kosztów stałych {ksr/m} dla każdego miesiąca, wyliczamy planowane miesięczne zyski operacyjne, a dalej, zgodnie z formułą (11) – planowany, roczny zysk operacyjny. Ten ostatni jest naszym celem do osiągnięcia na koniec roku. Staje się założeniem dla wszelkich korekt pozostałych parametrów formuły.

 

A życie niesie swoje zmiany. Wkraczając w nowy rok staramy się usilnie wypełnić zadania opisane parametrami stycznia. Ale otoczenie rynkowe wprowadza swe korekty i wymienia ceny planowane na ceny faktyczne. Podobnie rzecz się ma z ilością sprzedaży i ze składowymi kosztów stałych. W efekcie styczniowego starcia z rzeczywistością mamy faktyczny zysk stycznia: Z1F. Można się spodziewać, że formuła (11) ulegnie pewnej modyfikacji:

 

Z1F + Z2 + Z3 + Z4 + Z5 + Z6 + Z7 + Z8 + Z9 + Z10 + Z11 + Z12 = Z1P                       (12),

 

gdzie Z1P to roczny, operacyjny zysk prognozowany po styczniu, różny od planowanego o:

 

∆Z1 = Z1F – Z1                        (13),

 

a ∆Z1 to odchylenie między rocznym zyskiem operacyjnym wyliczonym na podstawie faktycznego zysku stycznia i planowanych, jedenastu zysków z kolejnych miesięcy a planowanym zyskiem operacyjnym wynikającym z planowanych dwunastu zysków miesięcznych (włącznie z planowanym zyskiem stycznia). Jeśli odchylenie (13) ma wartość ujemną, sugerującą nieosiągnięcie planowanego, rocznego zysku operacyjnego, to jego wartość powinna zostać „rozproszona” pomiędzy pozostałe jedenaście okresów i ich wszystkie parametry. I wtedy okazuje się, że korekty planów poszczególnych parametrów są stosunkowo niewielkie i do zaakceptowania przez osoby za nie odpowiedzialne. Z tego wynika, że planowane parametry w trakcie roku (okresu osiągania celu) są zmienne i zależne od dwóch podstawowych, niezmienialnych danych:

 

  • sumy faktycznych osiągniętych zysków miesięcznych:   ∑o ZoF , gdzie „o” to indeks miesiąca,
  • planowanego, rocznego zysku operacyjnego: Z.

 

Oto tajemnica adaptacji. Nie cała, dodajmy. Bo w trakcie roku można precyzować swą wiedzę o planowanych parametrach, za nim przyjdzie czas ich osiągania i wcześniej przygotowywać odpowiednie reakcje. A do tego potrzebny jest złożony komputerowy model wiążący współzależnymi parametrami osoby współdziałające w przedsiębiorstwie. I wtedy adaptacja jest wynikiem dostosowywania się do:

 

  • faktycznych, miesięcznych wyników (zysków) i planowanego, rocznego zysku operacyjnego, oraz
  • pogłębiającej się wiedzy o nadchodzących zmianach.

 

Jest jeszcze jeden powód, dla którego trzeba uwzględnić czas w zaprezentowanych formułach. Koszty z ubiegłych miesięcy mogą być przenoszone, na przykład, w zapasach produktów gotowych. Sytuacja taka występuje w większości przedsiębiorstw, w których część produktów wytwarza się w czasie znacznie poprzedzającym moment ich sprzedaży, a więc po kosztach (cenach materiałów i surowców) już nieaktualnych. To powoduje, że do tej pory prosta formuła jednostkowego kosztu zmiennego (5), zamienia się w bardziej złożony zbiór kilku formuł wyliczających miesięczny, jednostkowy koszt zmienny sprzedaży, który zawiera również wyliczenia jednostkowego kosztu zmiennego zapasów (z początku i końca bieżącego miesiąca) i jednostkowego kosztu zmiennego produkcji (z bieżącego miesiąca) wyrobu. Ilości zapasów, produkcji i sprzedaży stają się wagami dla wyliczenia średniego, jednostkowego kosztu zmiennego sprzedaży produktu obowiązującego w danym miesiącu. To, które formuły się wykorzystuje uzależnione jest od warunków porównań ilości sprzedaży, zapasów i produkcji. Tak więc prosta z początku formuła biznesu (10) detalizuje się przechodząc w skomplikowany algorytm obliczeń, które można dobrze wykonać wykorzystując model zaszyty w specjalistycznym oprogramowaniu. 

 

dr Maciej Jesiołowski


[1] Patrz artykuł zamieszczony w tym blogu: Controlling. Formuła biznesu – klucz do modelowania.

Controlling. Formuła biznesu – klucz do modelowania.

Posted: Luty 24th, 2010, by Andrzej

Jak to się dzieje, że początkujący biznesmen w sekundzie potrafi wyliczyć zysk na skomplikowanych transakcjach, a uzbrojony w kalkulatory ekonomista biedzi się nad uzyskaniem w miarę poprawnego wyniku ? Takie przypadki nie są regułą, natomiast ich zrozumienie i rozszyfrowanie jest krokiem w kierunku zwiększania efektywności decydowania. Biznesmen z naszego przykładu jest nieskażony wiedzą, z którą się musi rozprawić na drodze dopasowania modelu do rzeczywistości. On po prostu najkrótszą drogą zmierza do celu, tj, do takiego wyabstrahowania dostępnej mu rzeczywistości, by na podstawie zgromadzonych doświadczalnych danych uzyskiwać prawidłowe wyniki. Trzeba przyznać, że pomaga mu bardzo pierwotna motywacja zbicia fortuny. Natomiast wyszkolony fachowiec, zanim nabierze doświadczenia, musi rozprawić się z własnymi ambicjami i emocjami wynikającymi z niezrozumienia faktu, że wiedza nie zawsze w 100% przystaje do rzeczywistości.

 

Skutkiem operacji myślowych bystrego biznesmena jest tzw. formuła biznesu. Można ją wyrazić w formie krótkiego, matematycznego wzoru powstawania zysku. Zmienne w tym zbiorze to przeliczone na złotówki wyniki konkretnych decyzji lub określonych sytuacji zewnętrznych (niezależnych od decydenta, ale zazwyczaj sprzyjających mu tzw. okazji). W każdym biznesie można wyznaczyć niezmienny zestaw parametrów – skutków decyzji, które wystarczająco opisują sytuacje gospodarcze pod kątem ich efektywności (rentowności, efektywności wykorzystania zasobów, kapitałów, płynności, wzrostu wartości firmy itd.). Minimalny zestaw tych parametrów, wraz z ich zależnościami, tworzy formułę biznesu. Od niej zaczyna się poszukiwanie najprecyzyjniejszego modelu odzwierciedlającego cały proces generowania zysku zachodzący w przedsiębiorstwie. Ta precyzja to np. uwzględnianie w obliczaniu zysku kosztów przenoszonych w czasie poprzez zapasy.

 

Cała procedura dochodzenia do poprawnego modelu przebiega w trzech etapach:

 

1)      odkrycia formuły biznesu,

2)      lokalizacji formuły w czasie (roku) i przestrzeni (organizacji),

3)      precyzowania modelu.

 

Czy formuła biznesu jest taka sama dla wszystkich obszarów aktywności gospodarczej ? Nie. Zazwyczaj formuły biznesu są podobne na poziomie poszczególnych branż. Ale jest wiele wyjątków od tej prawidłowości. Te wyjątki uwzględniają np. zróżnicowania wynikające z pozycji strategicznej firmy, zróżnicowania technologiczne, zróżnicowania w organizacji produkcji czy wreszcie – zróżnicowania wynikające nawet z osobowości szefa. Choć uwzględnianie tych ostatnich to duże ryzyko wtłaczania subiektywnego sposobu patrzenia w coś, co powinno odzwierciedlać obiektywne uwarunkowania. Należy przed tym  przestrzegać.

 

Poszukiwania formuły biznesu należy zacząć od odpowiedzi na pytania:

  • Co jest celem biznesu w danej branży ?
  • Co powinno być wynikiem działań biznesowych w tej branży ?
  • Nieuwzględnienie czego grozi katastrofą ?
  • Uwzględnienie czego w pierwszej kolejności poskutkuje stabilizacją firmy ?
  • Co jest kluczowe dla opisu stanu firmy ?

Ponoć jakość informacji zależy od zadanego pytania. Jeśli tak, to po powyższych pytaniach nie należy spodziewać się odpowiedzi wyczerpujących temat. Pytania te opisują raczej intencje detektywa na początku śledztwa. Ale od czegoś trzeba zacząć. Praktyczna sugestia dla projektanta modelu brzmi: porozmawiaj z biznesmenami, którym się powiodło w branży. Postaraj się, aby podzielili się z Tobą własnym spojrzeniem na przedsięwzięcia, które prowadzą. Synteza kilku stanowisk może dać odpowiedź na postawione pytania.

 

Jeśli brak dobrych opinii praktyków to można posłużyć się tzw. analizami strategicznymi. Nie chodzi tu od razu o ustalanie strategii konkretnego przedsiębiorstwa, ale raczej o zrozumienie, o co w danej branży toczy się wojna i jaki wynik (cel) najlepiej odzwierciedla sytuację określonej firmy. Dla przykładu weźmy branżę papierniczą, segment produkcji papierów gazetowych.

 

Produkcja papierów gazetowych jest związana z producentami gazet i czasopism – czyli z wydawcami publikacji o bardzo krótkim okresie życia. Wydawcy gazet i czasopism działają w środowisku strategicznym uznanym za masowe[1]. Prawa tego środowiska przekładają się w dużej części na uwarunkowania w segmencie producentów papierów do druku gazet.  Sprowadza się to do tego, że celem walki konkurencyjnej jest zdobycie większościowego udziału w rynku, i to udziału znacznie (kilkukrotnie) przekraczającego udział następnego konkurenta. Istotnym czynnikiem sukcesu jest efekt skali – im, kto wydajniej i więcej produkuje w jednostce czasu tym ma większe szanse na wygenerowanie takiej marży zysku, która ustabilizuje jego pozycję ekonomiczno-finansową. A ta z kolei pozwala na gromadzenie zasobów dla finansowania nowych sposobów powiększania przewagi konkurencyjnej. Większy może więcej. Walkę można wygrać, jeśli zainwestuje się w wydajne maszyny, wykorzysta do maksimum ich zdolności produkcyjne i zminimalizuje koszty pośrednie (stałe), bo koszty bezpośrednie (zmienne) takie jak celuloza, wszelkie do niej dodatki, oraz koszty energii (w różnej formie) są prawie identyczne dla wszystkich producentów[2]. Walczymy o wydajność, co w maszynach papierniczych przekłada się na: prędkość i szerokość wstęgi produkowanego w wielkim pędzie papieru, oraz na zużycie energii. Walczymy o pełne wykorzystanie zdolności produkcyjnych, co w maszynach papierniczych oznacza nie niżej niż 85% czasu kalendarzowego. Walczymy o maksymalizację masy marży brutto w procesie operacyjnego działania. Walczymy o minimalizację kosztów pośrednich (stałych). Wszystko przy ostrej konkurencji w codziennym, operacyjnym działaniu. Formuła biznesu powinna więc wiązać wymienione wyżej parametry z zyskiem. Spróbujmy ją skonstruować w procesie detalizacji.

 

Pierwsze przybliżenie formuły jest następujące:

 

Z = S – K        (1),

 

gdzie:

 

Z – zysk,

S – sprzedaż,

K – koszty.

 

Trywialne. Idźmy dalej. Sprzedaż to:

 

S = Σi Ci x Ii    (2),

 

gdzie:

 

i – indeks asortymentu (rodzaju) papieru; mogą być produkowane papiery o różnej gramaturze – cięższe i lżejsze, o różnej zrywalności (wytrzymałości na zerwania na pędzących maszynach drukarskich), o różnym współczynniku zadruku (wchłaniania farb drukarskich w szybkim tempie), o różnym stopniu połysku itd.,

C – cena jednostkowa konkretnego asortymentu papieru,

I – ilość sprzedanego konkretnego asortymentu papieru.

 

A koszty możemy podzielić na te związane z ilością produkcji/sprzedaży i na te, które od niej nie zależą. Pierwsze zwiemy kosztami zmiennymi. To takie koszty, których ilość zużycia na jednostkę produktu jest niezmienna. Tą ilość zużycia wyrażają normy. Drugie koszty – to koszty uznawane za stałe, bo przy założeniu niezmienności cen pozyskania tych kosztów (np. brak inflacji) teoretycznie nie powinny ulegać szczególnym wahaniom niezależnie od ilości produkcji. W praktyce są to wszelkie koszty, dla których nie możemy wskazać ustabilizowanych normatywów, czyli takich, które nie będą się zmieniać w zależności od ilości produkcji.  Formuła kosztów przyjmie postać:

 

K = KZ + KS (3),

 

gdzie:

 

KZ – koszty zmienne,

KS – koszty stałe.

 

A ponieważ wartość kosztów zmiennych możemy związać z ilością produkcji, to kolejna ich detalizacja prowadzi do formuły:

 

KZ = Σi Ii x jkzi          (4),

 

gdzie:

 

jkzijednostkowy koszt zmienny uzyskiwany w wyniku sumowania jednostkowych kosztów normatywnych składników papieru, wyrażanych iloczynem ceny składnika i normy ilości jego zużycia na jednostkę produktów:

 

jkzi = Σj cj x nj/i           (5),

 

gdzie:

 

j – indeks asortymentu składnika papieru; składnikami papieru mogą być bezspornie różne gatunki celulozy (liściasta, iglasta, od różnych wytwórców), ścier (wg coraz rzadszej technologii wytwarzania składnika włóknistego bezpośrednio z drewna), różne związki chemiczne nadające papierowi spoistość, gładkość, białość, wchłanialność itp.; składnikiem papieru może być także energia elektryczna pod warunkiem, że możemy mierzyć jej zużycie do celów technologicznych, a nawet energia cieplna – jeśli jesteśmy w stanie mierzyć ilości jej zużycia w Kcal bezpośrednio na cylindrach suszących maszyny papierniczej; w wypadku obu rodzajów energii dobrze jest udowodnić, że maszyna do wyprodukowania tony papieru zużywa zawsze taką samą ilość prądu lub ciepła – wówczas oba te składniki możemy uznać za koszty zmienne,

cjjednostkowa cena zakupu lub jednostkowy koszt wytworzenia j-go składnika papieru,

nj/inorma ilości zużycia j-go składnika na jednostkę (zazwyczaj na tonę) i-go papieru.

 

Po wstawieniu uszczegółowień (2-4) do wzoru (1) formuła przybiera postać:

 

Z = (Σi Ci x Ii) – (Σi Ii x jkzi) – KS     (6),

 

lub po wyciągnięciu ilości sprzedawanego papieru przed nawias:

 

Z = [Σi Ii x (Ci – jkzi)] – KS   (7).

 

Wyrażenie w nawiasach kwadratowych nazywane jest marżą brutto sprzedaży, a wyrażenie w nawiasach okrągłych – marżą jednostkową produktu. Zanim wyjaśnimy, o co toczy się gra rozprawmy się z agregatem KS – kosztów stałych.

 

Koszty stałe można sumować w dwóch przekrojach: rodzajami i miejscami ich powstawania. Wybór nadrzędnego przekroju zależy od tego, kto je planuje, kontroluje, oraz w jaki sposób ma uporządkowany zbiór informacji o ich wartościach. Dla porządku przyjmijmy, że nadrzędnym przekrojem dla ich prezentacji jest przekrój miejscami powstawania kosztów (mpk), a dopiero w ramach mpk’ów prezentuje się koszty rodzajami. Wówczas możemy detalizować agregat występujący pod pseudonimem „KS”:

 

KS = Σm ksm   (8),

 

gdzie:

m – indeks miejsca powstawania kosztów (mpk); mpk’i – mogą być tożsame z komórkami organizacyjnymi przedsiębiorstwa, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by wyznaczyć inne, dodatkowe „wirtualne” mpk’i poza strukturą organizacyjną,

ksm – to wartość kosztów stałych konkretnego mpk’u, którą można detalizować w formie:

 

ksm = Σr ksr/m   (9),

 

gdzie:

 

r – indeks rodzaju kosztu stałego, np.: amortyzacja, koszty materiałów eksploatacyjnych, koszty energii i ogrzewania (nie-technologiczne, które mogą być, choć nie muszą być, składnikami kosztów zmiennych), koszty wynagrodzeń, koszty remontów itd.,

ksr/m – to wartość r-go rodzaju kosztu stałego ponoszonego w m-ym mpk’u.

 

Złóżmy jeszcze raz formułę zysku (7), lokując w niej wszystkie, dostępne na tym etapie szczegóły (5, 8 i 9):

 

Z = [Σi Ii x (Ci – (Σj cj x nj/i)] – [Σm Σr ksr/m]  (10).

 

W ten sposób pokonaliśmy etap pierwszy – odkryliśmy formułę biznesu (10). Drugi etap, czyli lokowanie tej formuły w czasie i przestrzeni organizacyjnej przedsiębiorstwa wprowadzi szereg uściśleń i kolejnych parametrów (zmiennych), które należy uwzględnić w procesie dochodzenia do rocznego zysku operacyjnego.

Co dalej z fomułą biznesu ? Jak ją zaimplementować w strukturze oganizacyjnej i jak wykorzystać do zarządzania rentownością – o tym w kolejnych dwóch odcinkach.

 

 

dr Maciej Jesiołowski


[1] Według nomenklatury macierzy środowisk strategicznych Boston Consulting Group

[2] Piszący te słowa zdają sobie sprawę z tego, że warto jeszcze przeanalizować potencjał lokalnego rynku po stronie konsumpcji, bo zdolności produkcyjne instalowane na tym rynku powinny to uwzględniać. Zasięg rynku lokalnego jest z kolei ograniczany wpływem kosztów transportu na obniżkę marży uzyskanej dzięki wydajności. Ta marża nie może spadać poniżej marży akceptowanej przez konkurencję. I dla tych subtelności warto czasami przeprowadzić wnikliwą analizę strategiczną określonego segmentu rynku w jego lokalnych uwarunkowaniach.

Temperament – pierwszy zasób szefa.

Posted: Luty 23rd, 2010, by Maciej

Temperament stanowi fundament tego co zwiemy charakterem i osobowością, zdeterminowany jest naszym układem motywacyjnym i determinuje inteligencję. Pod temperamentem pojmujemy zbiór reakcji nieświadomych i półświadomych (półautomatycznych) umysłu i organizmu na bodźce i stany zewnętrzne i wewnętrzne. Zbiór ten jest z grubsza ustabilizowany względem określonych kategorii bodźców i stanów. Reakcje umysłu to takie sekwencje sprzężonych czynności funkcjonalno-anatomicznych części mózgu, które aktywują lub hamują odruchowe reakcje fizjologiczno-motoryczne organizmu, oraz mobilizują mózg do rozważenia co i dlaczego będzie się dziać z naszym organizmem.

 

Temperament otrzymujemy w darze. Nie wybieramy go sami. Jest on uwarunkowany ewolucją, składem genów, środowiskiem naszego wczesnego wzrostu (od poczęcia) i rozwoju (od niemowlęctwa). To nasze kowadło. Uwarunkowanie praktycznie niezmienialne bez fizycznych amputacji (fizycznych ingerencji w mózg) albo bez niezwykle trudnych i żmudnych ćwiczeń woli (może nawet obsesyjnych ćwiczeń). Młotem jest sumienie, uwarunkowania kulturowe, oczekiwania środowiskowe. A między młotem a kowadłem nasz świadomie (daj Boże) kształtowany charakter. To a’propos znanej ekspresji słownej „być kowalem swego losu…, czy też szczęścia”. Nasze porównania doprecyzowują to sformułowanie, a najważniejsze, że pokazują ograniczające uwarunkowania leżące poza sferą wpływów naszej świadomości i te, które da się świadomie kształtować. Po co ? By nie cierpieć z powodu złudzeń i podejmować walkę tam, gdzie jest szansa na wygraną. Drogi kowalu poznaj swój warsztat oraz technologie, bo inaczej sam znajdziesz się między młotem a kowadłem.  

 

Zgodnie z Mario Fedeli ([s.21] Mario Fedeli, „Temperamenty, charaktery, osobowości. Profil medyczny i psychologiczny”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003) na temperament składają się następujące komponenty: emocjonalność, agresja, libido (seksualność) i poziom nastroju. W ramach każdej z komponent można zdefiniować określone zbiory reakcji na bodźce i stany, które będą charakteryzować typy temperamentu. Postaramy się je określić po to, by czytelnik mógł ewentualnie dokonywać prób interpretacji swego temperamentu. Ale pod następującymi warunkami: (1) traktowania wyników z dystansem, jako hipotezy do dalszego sprawdzania w praktyce, (2) podejmowania prób obiektywizacji obserwacji (odchodzenia od tego co chcę, by było w kierunku tego co naprawdę jest), (3) zrozumienia, że wyniki nie są usprawiedliwieniem czegokolwiek a jedynie wskazują jakimi klockami dysponujemy, (4) akceptacji wyników, bo nawet, jeśli nam się nie podobają, to nie ma w tym naszej winy i możemy z ich powodu kształtować swój charakter tak, by żyć w zgodzie z wyznawanymi przez nas wartościami. To bardzo trudne. Tak trudne, że proponując tą zabawę zastanawiam się, czy nie jest zbyt ryzykowna. Bo jeśli nie sprostamy warunkom (1), (2), (3) i (4) – to możemy wydać na siebie wyrok na wiele lat. I cierpieć z tego powodu…

 

Warto podjąć to ryzyko, szczególnie wtedy, gdy chce się działać dla innych. Dobrze jest poznać siebie na tyle, by wiedzieć, które zachowania są związane z temperamentem, odkryć ich zgrupowaną typami specyfikację, odnaleźć się w tych typach, zaakceptować siebie i zrozumieć jaki to ma wpływ na relacje z otoczeniem, a potem … decydować, jak układać te relacje: korzystając ze składowych swego temperamentu albo od nich się dystansując, uświadamiając sobie jakie reakcje, na które impulsy, mają subiektywne podłoże temperamentowe (prawie, że fizjologiczne), oraz które spośród nich można uznawać za obiektywnie ważne dla indywiduum i jego otoczenia. Z reguły otoczenie musi też zaakceptować składowe temperamentu indywiduum (i odwrotnie). Najistotniejsza praca z temperamentem dla jego posiadacza i otoczenia to akceptacje i wybaczanie, bo jeśli nie – to ogromne dozy energii idą na walkę z wiatrakami (z uwarunkowaniami fizjologicznymi, genetycznymi). Co wcale nie oznacza, że możliwa i pożądana jest ekspresja temperamentu poza samokontrolą i bez protestów otoczenia. I tu drugi ważny element – konieczność zrozumienia tego, które z reakcji są dla otoczenia złe i co można z tym zrobić. Nie można składowych temperamentu wyeliminować, ale można je powściągać (1), oswajać (2), ukierunkowywać (3) w te obszary, gdzie ich przejawianie nie dzieje się z krzywdą dla innych, a wręcz jest pożądane. I nie wolno sobie wyrzucać, że jest się złym i żyć w tej autozłości – bo to niszczy. Trzeba decydować, czy się chce, czy się nie chce funkcjonować w ramach określonej grupy socjalnej (rodziny, przyjaciół, społeczności, narodu z jego kulturą i obyczajami). I pozostać wiernym świadomie dokonanym decyzjom, kształtując to, co nazywamy charakterem. I to jest obiektywne i biologicznie uzasadnione stanowisko etyczne. Bo struktura i organizacja ludzkiego mózgu jest taka, że „[…] większy rozwój wyższych systemów kierowania i kontroli w porównaniu z niższymi ośrodkami impulsywnymi międzymózgowia wykluczają jakiekolwiek ryzyko uwarunkowania i ograniczenia przestrzeni wolności w zachowaniu człowieka”([s.20] Mario Fedeli, „Temperamenty, charaktery, osobowości”,  Wydawnictwo WAM, Kraków 2003).

 

Typologie temperamentu, które poniżej zaprezentowano powstały wskutek wyodrębnienia następujących punktów odniesienia:

 

  • ekspresji emocji,
  • stosunku do przeżywanych emocji,
  • wpływu emocji na otoczenie.

 

Emocjonalność potraktujmy najprościej, jako zdolność do określonego odczuwania (umysłowo i fizjologicznie) różnych emocji i reagowania na nie w określony sposób. Słowem kluczowym (albo wytrychem) jest tu słowo „określony”. Określone odczuwanie oznacza po pierwsze, że jest ono określone względem bodźców i stanów, które je tylko wywołują, a po drugie, że różne osoby w różny, charakterystyczny dla ich typów temperamentu, sposób przeżywają te stany. Sprawa dość złożona, bo to trudne do zrozumienie dla nie-fachowców, że lęk, albo radość mogą być odczuwane fizjologicznie w różnych rejonach ciała przez różne indywidua. Jeden będzie odczuwał duszność z powodu napadu lęku, a u drugiego reakcje jelit będą wzmacniać poczucie paniki. Jeden i drugi po prostu się boją – tylko każdy inaczej.   

 

Pierwsze co rzuca się w oczy przy obserwacji indywiduum lub przy porównaniu siebie z innymi to stopień ekspresji emocji. Ekspresja – czyli zewnętrzne przejawy temperamentu, a nie wewnętrzne skłonności do przeżywania emocji. Rozpoznajemy temperament emocjonalny i powściągliwy. Typ emocjonalny okazuje swe uczucia, z reguły bezrefleksyjnie. Przeżywa różne emocje i daje temu wyraz. Jawi się jako zmienny emocjonalnie: raz radosny, raz smutny, raz opiekuńczy raz zaborczy i ekspansywny, impulsywny i nietolerancyjny. Raczej nastawiony na działanie (oddziaływanie) zgodne ze stanem emocji. Z reguły odbierany jako osoba szczera i jednoznaczna (do zinterpretowania). Dlatego nie wzbudza podejrzliwości co do prawdziwych intencji. Natomiast nie do końca wzbudza zaufanie „długoterminowe” – co do dotrzymania zobowiązań w dłuższej perspektywie. Jest dobry do walki i działania – do ataku i obrony, do mobilizowania innych, ale raczej w sytuacjach krótkoterminowych.

 

Typ powściągliwy też może przeżywać intensywne emocje. Nie daje im jednak bezpośredniego wyrazu. To wyhamowanie emocji między ich przeżyciem a ekspresją pochłania energię. Typ powściągliwy niekoniecznie przeżywa emocje intensywnie. Może być tak do nich a’priori zdystansowany lub tak pozbawiony mechanizmów fizjologicznych reakcji organizmu, że jego uwaga koncentruje się na analizie racjonalnej. Jest więc z reguły konsekwentny, nie ulegający aktualnym stanom, opanowany, bez szczególnej ekspresji. Stąd może budzić niepewność co do intencji, których nie widać tak, jak emocje u typu emocjonalnego. Zaufanie może zdobywać powoli poprzez dowody swojej konsekwencji – o ile jest aktywny, bo często bywa leniwy i wycofany, mało ekspansywny. Typ powściągliwy może zarządzać celami długoterminowymi, lub działaniami systematycznymi, ewentualnie może się nadawać do beznamiętnej kontroli wykonania i egzekwowania procedur, ale raczej nie będzie dobry do ataku i walki, obrona też będzie słaba, choć może konsekwentna. Cierpliwość może go predestynować do prac analitycznych, planistycznych i kontrolnych. O ile, powtórzmy, nie jest leniwy.

 

Powyższe rozróżnienie wskazuje raczej jakich zadań każdy z tych typów nie powinien brać na siebie, niż do jakich jest szczególnie zdolny, oraz w jaki sposób może budzić określone rodzaje zaufania lub powodować jego utratę.   

 

Niejako w poprzek powyższych typów można wprowadzić podział na indywidua, które mają motywację do przezwyciężania emocji (głównie ich negatywnych skutków) i na te, które unikają konfrontacji z własnymi emocjami (i pozornie – z ich negatywnymi skutkami). Nazwijmy je typem działającym i typem obronnym, w stosunku do własnych emocji. Jeśli nałożymy tą typologię na poprzednią – to mamy cztery typy, bardziej subtelne. Ważne jest byśmy zdali sobie sprawę z tego, że może być typ emocjonalny i obronny jednocześnie i typ powściągliwy, choć działający. Typologia emocjonalność-powściągliwość dotyczy raczej ekspresji zewnętrznej, w odróżnieniu od dychotomii działający-unikający odzwierciedlającej to co człowiek czyni wskutek przeżyć wewnętrznych.  

 

Typ działający działa i w tym działaniu emocje są pozytywnym paliwem, spalanie którego wyzwala energię i sprawia, że jednostka nie dźwiga bagażu frustracji z powodu niespełniania się. Działanie oznacza konfrontację z rzeczywistością. To nie jest walka wewnętrzna. To jest urzeczywistnianie, ujawnianie swego wpływu na świat. To jest ekspresja pozytywna (z punktu widzenia jednostki) tworzenia odcisków w rzeczywistości, których odbiór (zwrot z rzeczywistości) obiektywizuje rozumienie samego siebie. To jest twórcza ekspresja. Raz z powodu zmian, jakie się powoduje w otoczeniu, a dwa – z powodu ulepszania samego siebie. Nie ważne o jakie emocje chodzi i jak głęboko przeżywane. Ważne, by podczas działania były skonfrontowane ze środowiskiem. By coś wniosły, by coś zmieniły. Czasami też, niestety, coś zniszczyły. Typ działający nabiera odwagi przekraczania granic lęku lub strachu. Jest gotowy podjąć ryzyko. I odpowiedzialność za nie. Niestety nie jest to typ występujący często w czystej postaci. Są uwarunkowania wewnętrzne i zewnętrzne, które powodują, że działającym się bywa, lub, że traci się chwilowo tą zdolność. Wydaje się, że wychowanie i środowisko mają wpływ na ukonstytuowanie się takiego typu. A także samodzielna decyzja, głęboko umotywowana.

 

Typ unikający unika tych stanów emocjonalnych, które interpretuje jako negatywne dla siebie. Wykorzystuje przy tym całą listę strategii wytworzonych dla niepodejmowania konfrontacji lub zmniejszania intensywności przeżywania emocji. Należą do nich: ucieczka (przed problemem wywołującym emocje, lub ucieczka w inną emocję), projekcja (wiązanie powodów emocji nie z własnymi stanami tylko ze stanami innych osób), odrzucenie/wyparcie (faktów, źródeł szczególnie bolesnych emocji), pozorowanie (działań, które nie są skutkiem emocji, od których się chce uciec – takie manipulowanie skutkiem, by odmienić przyczynę), regresja (ucieczka w bezpieczne odczucia z dzieciństwa lub wczesnej młodości), racjonalizacja (pozorowanie istnienia nieistotnych powodów w celu nieprzyznawania się do faktycznych i istotnych przyczyn mogących wywołać negatywne emocje), rozumowanie (analiza intelektualna powodów ewentualnych, przykrych emocji, tak by nie wiązać ich z tymi emocjami, by tych ostatnich nie przeżywać), zawłaszczanie otoczenia (dla zapewnienia kontroli nad przyczynami przykrych emocji), autoagresja (branie na siebie powodów złych emocji, poniżanie się w celu uniknięcia obciążenia tymi powodami osób, które się kocha), kompensacja (podejmowanie aktywności na polach nie powodujących przykrych emocji, w celu uniknięcia tych ostatnich), hiperkompensacja (udowadnianie, że jest się najlepszym tam, gdzie nie ma się dostatecznych talentów), identyfikacja (spowodowana negatywnym stosunkiem do siebie, polegająca na przejmowaniu wzorców – cech innych osób), substytucja, a może pozorna przemiana (przemiana własnych tendencji z ukierunkowywaniem ich na inne cele)(specyfikację strategii uników nieco zmieniono w oparciu o [s. 88-89] Mario Fedeli, „Temperamenty, charaktery, osobowości. Profil medyczny i psychologiczny”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003).

 

Czy stosujesz powyższe strategie ? Odpowiedź na to pytanie jest, bez odpowiedniego przygotowania (terapii) praktycznie nie możliwa. Można to łatwiej zaobserwować z zewnętrz, ale też wówczas, gdy posiada się odpowiednie przygotowanie. Natomiast trudność w rozpoznaniu tego typu jest równa wadze skutków jakie przynosi jego działalność. Chodzi o nietrafność interpretacji zachowań typu unikającego – czy to w akcie auto-obserwacji czy przez osoby trzecie. Ucieczka, projekcja, odrzucenie/wyparcie, autoagresja powodują zafałszowanie interpretacji rzeczywistości, błąd w jej odzwierciedlaniu i proporcjonalne do tego błędu skutki w zarządzaniu. Wspomniane w poprzednim zdaniu mechanizmy obronne są do zauważenia przez obserwatora zewnętrznego lecz trudne do odkrywania przez indywiduum. Pozostałe strategie są w równej mierze trudne do odgadnięcia przez osoby trzecie. A stosowanie rozumowania, zawłaszczania otoczenia, kompensacji, hiperkompensacji, identyfikacji czy substytucji może powodować u osób współdziałających z indywiduum (je stosującym) fałszywe przekonanie o kompetencjach i aktywności tegoż indywiduum.               

 

Ponieważ wyklarowanie tych typów zawsze jest zależne od emocji i bywa zależne od czynników zewnętrznych oraz od czasami świadomie podejmowanych decyzji, powinno się przyjąć, że ta typologia leży na granicy (lub w polu wspólnym) temperamentu i charakteru. Pozostaje problem z trafną interpretacją (lub auto-interpreatcją) typu działającego i unikającego. Tu mogą pomóc fachowcy – psychiatrzy i psycholodzy, odpowiednie testy osobowościowe i… latami nagromadzone doświadczenie w odkrywaniu ludzkich charakterów. A gdy brak tych uwarunkowań oceny ? Pozostaje świadomość, że nasze interpretacje mogą być fałszywe i w związku z tym powinniśmy poznawać, obserwować, analizować przyczyny i skutki działań podejmowanych przez siebie samych i innych współdziałających z nami osób. I zawsze zachowywać zdolność do akceptacji prawdy jaką odkryjemy – bo to początek skutecznej przemiany rzeczywistości.

 

Emocjonalność obejmuje emocje jednoczące i dzielące. Tak to postrzega Adler (A. Adler, „Prassi e teoria della psicollogia individuale”, Astrolabio, Roma 1975). Przy czym jego klasyfikacja za punkt wyjścia przyjmuje wpływ emocji na społeczność. Do emocji jednoczących zalicza współczucie i radość, a do dzielących: smutek, złość, lęk i strach. To  klasyfikacja, która przybliża nas do zrozumienia wpływu jaki ma emocjonalność na efektywność zarządzania. Jeśli osobnik jest z gruntu radosny i zdolny do odczuwania cudzych emocji i stanów, to najprawdopodobniej rozwinął (świadomie), lub rozwinęła się u niego (nieświadomie) inteligencja emocjonalna. A tak skonstruowany temperament i, co za tym idzie, charakter i osobowość sprzyjają rozwojowi dobrych relacji z innymi ludźmi, relacji opartych na współprzeżywaniu (dzieleniu) dobrych emocji – radości i współczucia, mobilizujących do współuczestnictwa i współdziałania. Takie stany mogą stanowić dobry punkt wyjścia do tworzenia się pozytywnego zasobu więzi-kontakty-wpływy, szczególnie w pierwszej części tej triady. Smutek, złość, lęk i strach mogą oczywiście też być atrakcyjnymi dla niektórych typów osobowości i przyciągać do indywiduum podobne mu inne indywidua, ale ich współdziałanie nie koniecznie będzie tworzyć stabilne więzi socjalne. A nawet jeśli te więzi będą silne, to mogą być destrukcyjne. Względem jakości wyżej opisanych emocji możemy zatem wyróżnić dwa typy temperamentu: jednoczący i dzielący.

 

Dr Maciej Jesiołowski